czwartek, 28 listopada 2013

Uciekam

„Nienawidzę cie. Jak mogłeś zrobić coś takiego?!”
„Uważałem cie za kumpla, teraz to koniec”
„Co ty jej zrobiłeś? Dlaczego?”
„Policja dopiero zaczyna prowadzić śledztwo. Ciesz się ostatnimi dniami wolności śmieciu!”
Patrzę na wyświetlacz komputera. Na wiadomości które przychodzą. Podpieram ręką głowę i myślę Dlaczego?
Dlaczego Agata, dziewczyna którą znałem od zerówki leży teraz dwa metry pod ziemią? Dlaczego po jej pogrzebie dziesiątki ludzi obwiniają mnie?
Gwałtownie wstaję z krzesła i przechodzę przez pokój w kierunku korytarza. Skręcam do łazienki, odkręcam kran z zimną wodą, nabieram jej w ręce i zanurzam w nich twarz. Muszę to przerwać Nie czytać tych świństw i kłamstw.
Patrzę na swoje odbicie w lustrze. Krótko ścięte brązowe włosy, wygolone boki, poważny wyraz twarzy i nic nie mówiące spojrzenie.  Zwykły siedemnastoletni chłopak. Taki jestem. Lecz kilka dni temu całkiem zmienił się mój charakter.
Był wtorek. Zwykły listopadowy wtorek. Siedziałem z kolegami przy warsztacie w którym sobie dorabiam. Jest tam murek na którym spędzamy popołudnia i przerwy kiedy nic się nie dzieje.
Akurat dyskutowaliśmy nad jednym zleceniem kiedy zadzwoniła do mnie Maja, koleżanka Agaty. Ta sama która teraz obwinia mnie o jej śmierć.
-Cześć, co tam? -odpowiadam.
-Wiesz już? - zapytała. Jej głos był bez wyrazu. Zwykle się uśmiecha i jest radosna.
- O czym? - Ja nadal miałem na sobie uśmiech obecny przy spotkaniach z kolegami.
-O Agacie.
-Właśnie, jest może z tobą? Od rana nie daje znaku życia a telefon się nie odzywa.
-Dom… - zrobiła chwilę przerwy - Ona nie żyje.
W sercu zrobiło mi się jakoś ciężko. Niby się zatrzymało, nic nie czułem. Zamarłem na chwilę.
-Co ty gadasz? - miałem nadzieje się przesłyszeć albo usłyszeć „Żart!”. Ale to raczej nie to…
- Właśnie, moja najlepsza przyjaciółka nie żyje. Zabiła się. A ty obiecałeś że do niej wczoraj pójdziesz. Cały dzień chodziła jakaś smutna.- z wyrzutem powiedziała Maja.
Ale ja nie mogłem nic odpowiedzieć. Ręka mi opadła na kolana. Przykucnąłem pod murkiem, patrzyłem przed siebie lecz nic nie widziałem. Widziałem Agatę, jej uśmiechniętą twarz, gęste brązowe włosy i ciemną karnację. Szła w moją stronę ubrana w niebieską sukienkę. Ale to było złudzenie. Maja nie żartowała, chyba naprawdę zaczynam wierzyć  że połowa mojego serca umarła. Ostatnie słowa które ode mnie usłyszała to „ Wiesz, jestem zmęczony. Kładę się, dobranoc”
Tak zakończyłem rozmowę wczoraj. Miałem pójść do Agaty wieczorem bo coś ją martwiło i nie chciała być sama. Ale jakoś mnie zmogło, zadzwoniłem o godzinie 21 i od razu położyłem się spać.
A teraz stoję w łazience w białym podkoszulku i dresach wpatrując się w swoje odbicie. Przyszło dużo wiadomości i jakoś wszyscy obwiniają mnie o to co się stało.  Nie mogę tak dłużej. Ale ja jej nic nie zrobiłem, nie powiedziałem. Także… dlaczego?
Coś się we mnie zmieniło w momencie kiedy spojrzałem sobie w oczy. Zobaczyłem w nich odpowiedź. Wiedziałem co zrobię.
Wróciłem do pokoju. Twardy i pewny siebie wyciągnąłem torbę z szafki i przy zapalonej lampce na stoliku nocnym wyjąłem z szafy kilku ubrań i spakowałem się. Zabrałem kilka książek i pudełeczko z pieniędzmi które odkładałem. Było tam 2000 złotych. Długo ciułane pieniążki trzeba będzie w końcu wydać.
Nie zabieram żadnej elektroniki typu tablet czy telefon. Zostawiam za sobą przeszłość. Porzucam rodzinę i znajomych. Kilka minut temu narodził się nowy ja.
Siadam na chwilę na łóżku i chowam twarz w dłoniach. Przy słabym świetle lampki uświadamiam sobie że to jednak była moja wina. Miała problem i mnie potrzebowała. A ja zachowałem się jak ostatnia świnia, zostawiłem ją samą.
Teraz też jest sama. Pewnie mówi „Kochałam cię ale okazałeś sie idiotą. Nie zależało ci na mnie” Chodzi sama po raju który sobie wybrała. Uwolniła się od problemów. A mnie dręczą wyrzuty sumienia i znajomi.
„Zrób to szybko” podpowiada umysł.
Gwałtownie wstaję z łóżka, narzucam na siebie skórzaną kurtkę, na szybko wkładam czarne Adidasy i cicho choć szybkim krokiem opuszczam dom.
W garażu stoi mój Mitsubishi Lancer. Czarny, czarne koła, mało widoczny w nocy. Na wszelki wypadek zabieram kilka nagromadzonych wcześniej tablic rejestracyjnych. Wsiadam do auta.
Patrzę przed siebie. Przez otwartą bramę garażu widać fragment mojego podwórka. Patrzę na to miejsce po raz ostatni i szybko jednym skrętem opuszczam garaż i podwórko. W ten piątkowy wieczór zniknąłem na zawsze.
Po drodze analizowałem szczegóły. Pieniędzy mam mało biorą pod uwagę że jadę samochodem. Jedzenie… na to powinno starczyć. Chciałbym znaleźć jakąś dorywczą robotę, wtedy nie byłoby problemu.
Wyjechałem z Poznania. Było ciemno i nie ukrywam, trochę chciało mi się spać także ta noc do najłatwiejszych nie należała.
Myślałem też jak zareagują rodzice kiedy znajdą pusty pokój. Ale chyba dadzą sobie rade. Ja nie uciekam przed nimi. Ja uciekam żeby zapomnieć i żeby już nie oglądać twarzy ludzi którzy mnie znienawidzili za to co zrobiłem Tak, chyba naprawdę ja ją zabiłem. Powoli to do mnie dociera.
Okolice Zielenina i Nowego Klincza, tak pamiętam miejsce gdzie byłem po 4 godzinach jazdy. Były to dwie małe miejscowości. Prawie zlewały się w jedną większą. Znalazłem tam sklep spożywczy i nieopodal odnalazłem mały hotelik.
Cena za pokój była niewielka toteż wynająłem mały pokoik na 2 noce. Bak pełny, zakupy zrobione, nocleg jest. Pieniędzy jeszcze trochę zostało. Miałem ochotę  za kilka dni ruszyć dalej.
Była 1 w nocy kiedy otworzyłem drzwi do pokoju. Jedno łóżko w kącie, jedno okno, jeden stolik i dwa krzesła. Na podłodze ciemno-granatowa wykładzina dywanowa. Ściany pomalowane na biało. Koło okna  były drzwi do malutkiej łazienki.
-Ciasny ale na trochę własny - pomyślałem padając na łóżko. Zdjąłem kurtkę i czerwony snapback i niechlujnie zostawiłem na podłodze. Na krześle zawiesiłem czarne dżinsy i w bieliźnie położyłem się spać. Przez okno wpadał blask księżyca.
Miałem sen. Siedziałem na ławce w parku, była ładna wiosenna pogoda.  Za ławką rosło drzewo przy którym siedziała zaczytana w książce Agata. Uwielbiała czytać. Odwróciłem się i patrzyłem na nią.
Powoli wstałem z ławki. Zbliżyłem się do ubranej w białą krótką sukienkę piękności. Podniosła wzrok znad lektury.
Ale w jej oczach zobaczyłem coś dziwnego. Nie były uśmiechnięte. Nie pasowały do uśmiechu jej ust, były smutne. Dziwny wyraz jej twarzy intrygował mnie.
-Pamiętaj o mnie - powiedziała biorą mnie za rękę. Za chwilę jej postać zaczęła kruszyć się jak szklanka z cienkiego szkła gdy złapiemy za mocno. Rozpadała się powoli do końca patrząc w moje oczy. Zdawałem sobie sprawę że śnie. Jednak z szeroko otwartymi oczami i ustami patrzyłem jak znika. Została tylko plama krwi która wylewała się z jej ciała. Za chwilę jej nie było. Tylko na czerwono zabarwiona trawa została.
Radość ustąpiła smutkowi.  Spotkałem się z nią tylko po to by za chwilę ją stracić.
Otworzyłem szeroko oczy. Przed chwilą w parku zamknąłem je żeby zapomnieć o tym co widziałem. Teraz powitał mnie poranek.
Usiadłem na łóżku i spojrzałem przez okno. Rozciąga się tam widok na pole zarośnięte jakimiś zbożami. Daleko na horyzoncie pod niebieskim bezchmurnym niebem widać las.
Poszedłem do łazienki, umyłem zęby i twarz po czym ubrałem się i wyszedłem z hotelu. Postanowiłem zwiedzić trochę okolice. Miasteczko jest małe więc zajęło mi to niewielką ilość czasu. Jest tutaj mały bar, sklep, i biblioteka i mały warsztat samochodowy.
Po zwiedzeniu biblioteki zaszedłem do baru który był po drugiej stronie ulicy.
Był to stosunkowo mały budynek. Znalazłem stół do bilarda i telewizor na którym czasem ogląda się mecz. Podszedłem do baru i miałem ochotę na piwo.
- A masz dowód? Na 18 nie wyglądasz - Brakował mi miesiąc. Jednak kasjer odmówił mi jednej Warki.
W barze było kilkoro ludzi. Może gdybyśmy byli sami wyglądałoby to trochę inaczej.
Po drugiej prośbie żadnych rezultatów. Odszedłem stamtąd i usiadłem na zielonej kanapie w rogu, na wprost baru. Zająłem się przeglądaniem książki Koontza.
-Trzymaj - Usłyszałem za jakieś 10 minut. Koło mnie stał jakiś chłopak i podawał mi piwo.
- Nie chce, dzięki - spojrzałem na niego szybko i jeszcze szybciej wróciłem do książki.
-  Bierz, wiem że chcesz - Spojrzałem na niego. Wyglądał na jakieś 25 lat. Miał krótkie czarne włosy i sympatyczny wyraz twarzy. Ale ja nie zamierzałem zawierać tu żadnych znajomości, nie zabawie długo w tym mieście.
Wziąłem puszkę i otworzyłem. Podziękowałem nowo poznanemu.
- Nie ma sprawy. Jakbyś chciał jeszcze, to mów. - Wyciągnął rękę - Michał jestem.
-Damian - skłamałem. Nie chcę ciągnąć za sobą nić z przeszłości, nawet imienia.
-Co tu robisz? Znam wszystkich w mieście ale ciebie widzę pierwszy raz. - Usiadł koło mnie i otworzył swoje piwo.
- Nie wpadłem na długo, chyba jutro się wynoszę - Tego nie wiedziałem. Ale pomyślałem żeby się stąd odejść.
--A masz tu rodzinę czy znajomych?
-Nie, tylko zatrzymałem się w hotelu. Jutro jadę dalej.
- A gdzie jedziesz? - pytał dalej.
- Niedaleko, nie interesuj się - miałem go dosyć. Wyszedłem z baru. Za sobą usłyszałem „Ej, co jest?” Nie zwracałem uwagi i poszedłem do hotelu.
Na swoim zielonym G-Shocku zobaczyłem godzinę 13. Dzień jeszcze młody ale ja nie pasuje do tego miasta. Lepiej zostanę w pokoju i zajmę się czytaniem książek.
I tak zrobiłem. Resztę dnia nie działo się nic ciekawego. Młody chłopak uciekał przed tajemniczymi ludźmi, książka pełna akcji i adrenaliny. Dobrze spędzone popołudnie.
Wieczorem pakowałem rzeczy do torby bo jutro miałem stąd odjechać. Zabrałem ubrania, kosmetyczkę z łazienki i książki. Nie chciałem ich kraść ale niektóre są po prostu zbyt ciekawe żeby je oddać w połowie nie doczytane. A że jutro wyjeżdżam, one jadą ze mną.
Otworzyłem portfel i zacząłem liczyć banknoty które mi zostały. Chodziłem po pokoju licząc pieniądze. Zatopiony w liczeniu, skupiony tylko na tym nawet się nie spodziewałem że wpadnę na krzesło i się o nie przewrócę. Upadłem na ziemię, portfel wypadł mi  z rąk.
Powoli się podniosłem i spojrzałem na portfel który upadł przede mną. Był tam mój dowód i bilet. Ale zobaczyłem tam też zdjęcie Agaty.
Patrzyłem na nie pamiętając że jeszcze wczoraj wieczorem spaliłem je zapalniczką podczas postoju w drodze. Chciałem o niej zapomnieć, jakbym nigdy jej nie zranił, nie poznał. Jakby nic nie było między nami. A jednak ona chyba tego nie chce.
Podniosłem portfel i spojrzałem na fotografię. Uśmiechnięta, jej twarz promienieje. Zdjęcie było robione latem ubiegłego roku. W tle widać las zalany słońcem.
Wydawała mi się taka żywa. Jakby w tym momencie patrzyła mi w oczy, chciała się ze mną skontaktować i powiedzieć mi coś ważnego. Coś co mi cały czas umykało.
Pamiętam tą dziewczynę, nasze wspólne spotkania i pierwsze bliskie momenty. Wiele razy patrzyła mi w oczy. Jednak teraz to mi przeszkadzało. To tylko zdjęcie, mogłem  w każdej chwili zamknąć portfel i zapomnieć o sytuacji. Ale coś mi nie dawało…
Spaliłem ten kawałek papieru. Dziewczyna, moja kochana nie żyje. Przedmioty nie materializują się z popiołu. Czułem deszcze na ciele. Bałem się. Dość niecodzienna sytuacja.
Powoli podszedłem do krzesła. Przez okno za moimi plecami widać było ciemne zachmurzone niebo. Usiadłem i spojrzałem na stolik. Leżała na nim książka której nie zdążyłem spakować.
Zacząłem czytać.  Chciałem pozbyć się z głowy obrazów z ostatnich minut.  Skupiłem się na literach. Układały się w słowa i wciągały mnie w swój świat. Tego mi było trzeba.
Jednak po jakiś 20 minutach zacząłem czuć się dziwnie. Czytałem, fabuła rozwijała się. Ale przeczytałem zdanie „ Ja nie umarłam. Chcę tylko żebyś mnie wysłuchał”
Przeczytałem ale i jakoś usłyszałem to zdanie. Wypowiedziane przez Agatę. Jakby stała TUŻ ZA MNĄ. Podniosłem głowę gotowy spojrzeć za siebie. Ale wiedziałem że tam jest tylko okno.
Chciałem czytać dalej. Ale jakoś nie mogłem. Czułem że nie jestem w tym pokoju sam. Że ten głos nie był złudzeniem. Sztorm rozpętał się w mojej głowie. Walczyłem z samym sobą. Wiedziałem że ona nie żyje a jednak czułem że jest tu ze mną, za moimi plecami.
Zacisnąłem zęby i odwróciłem głowę. Byłem sam.
Domyślałem się że nikogo tam nie ujrzę ale jednak coś mówiło mi że zobaczę moją dziewczynę. Byłą dziewczynę.
-Dom… - usłyszałem głos. Dochodził spod drzwi.
Ale ona nie żyje. Słyszałem o jej pogrzebie. Nie może być teraz tutaj! Jej słodki głos, ona jest pod drzwiami… Tak podpowiadało serce. Mózg mówił że zmarli nie powracają. Patrzyłem na ścianę nad łóżkiem, dokładnie między oknem a drzwiami.
-Dominik! - usłyszałem jej wściekły krzyk. Jakby bardzo chciała zobaczyć moja twarz. Przekręciłem głowę w kierunku drzwi ale jedyne co zobaczyłem to ciemność.
Ta ciemność to obraz który widziałem dopóki nie podniosłem się z książki. Jakbym nad nią zasnął. Spojrzałem na pokój. Był pusty.
-Agata? - powiedziałem przestraszony. Miałem jakąś cichą nadzieję usłyszeć odpowiedź.
Zegarek pokazywał godzinę 19. Miałem dosyć. Znalazłem wytłumaczenie dla swoich halucynacji… w tym pokoju coś było.
I dlatego wymeldowałem się, szybko zbiegłem na parking gdzie czekał mój wóz  i włączając nitro odjechałem stamtąd.
Odjechałem bardzo mały kawałek. W pobliżu baru jest taki śmietnik na który wyrzuca się różne, często metalowe graty. Wliczając szpilki czy gwoździe.
Żaden debil nie pomyśli że mogłoby się to wbić komuś w oponę.
Z rozwalonym kołem dotarłem do uliczki koło baru. Zostawiłem samochód w ciemności i wszedłem do knajpy.
Jak ostatnio tłumów tam nie było. Tylko kilku chłopaków.
I był też ten… jak mu tam… Michał?
Zobaczył chłopaka w kapturze. Sam kaptur i spuszczona głowa mówi „Zostaw mnie w spokoju”. Ale on jak widać tego nie rozumie…
-A teraz co? Tyskie czy Wojak?
- Nie chce - odpowiedziałem spod kaptura.
- To spójrz na mnie i powiedz mi to prosto w oczy.
Nie zareagowałem. Wrócił za chwilę z piwem dla siebie i dla mnie.
-  Mówiłem że nie chce - Nie patrzyłem na niego.
Pociągnął łyk i zapytał co się stało.
- Nic, zostaw mnie - Jednak ten nie odpuszczał.
- Gdyby nic się nie stało nie siedziałbyś taki skulony - Położył mi rękę na ramieniu - Co jest?
Lekko podniosłem głowę i spojrzałem na piwo stojące po mojej stronie stolika.
-Dawaj - uśmiechnął się. Spojrzałem na niego i powiedziałem
- Czego ty chcesz co? - upiłem trochę z kufla.
-Pomoc - Lekko się uśmiechał. Widziałem że chciał dla mnie dobrze choć w ogóle mnie nie zna. Ale…
-Poradzę sobie sam - powiedziałem cicho gapiąc się w podłogę.
-Czyli jednak coś się stało - Oparł się łokciami na stole i spojrzał na mnie - Słucham.
Wstałem z krzesła i szybko wyszedłem z baru. Było ciemno, jednak na dworze czułem się lepiej.
Usiadłem na masce mojego samochodu. Bawiłem się palcami i myślałem co zrobić. Nie wrócę do hotelu bo chcę mieć te pieniądze na długo. A nie zostanę tutaj bo jak pijaki wyjdą z baru może być nieciekawie.
Siedziałem na samochodzie. Niestety zaczął padać deszcz. Miałem kaptur ale ten szybko przemókł i zrobiło się zimno. Mamy listopad, niedobrze.
Patrzyłem w beton na ziemi ale usłyszałem że ktoś się zbliża.
Podniosłem wzrok i zauważyłem Michała. Stał przede mną i dalej miał ten uśmieszek na twarzy.
-Dalej twierdzisz że sobie poradzisz? Na flaku daleko nie dojedziesz.
Wstydziłem się ale wiedziałem że ma racje. Nie dam sobie rady sam.
Podszedł i chwycił mnie za ramię. Poszliśmy do jego granatowego Lanosa.
-Powiesz co się stało? - zapytał zapinając pas.
W milczeniu zapiąłem swój.
- Pojedziemy do mnie. Prześpisz się i dojdziesz do siebie. Ale przynajmniej powiedz mi co się stało.
Ja dalej się nie odzywałem. Ufałem mu ale nie chciałem dzielić się z nowo poznanym gościem tą historią.
Całą droge panowała cisza. Jedynie krople deszczu powiadały że świat nie umarł. Zamyśliłem się. Nie myślałem o tym że jestem daleko od domu. Myślałem Dlaczego?
W ciszy dojechaliśmy do parterowego domku z czerwonej cegły. Wydawał się przytulny choć był mały.
Zaparkowaliśmy samochód na podjeździe. Ale żaden z nas nie otworzył drzwi.
-Damian? - próbował zwrócić moją uwagę.
Nic nie odpowiedziałem. Ale jednak po chwili postanowiłem mu zaufać. Jako jedyny z kilkorga przechodzących koło baru ludzi się mną zainteresował.
-Nie Damian. Dominik.
--Tak myślałem… - patrzył na mnie z uwagą. - Po co ci ta torba? - pokazał na moją wypchana po brzegi torbę podróżną.
Nic nie odpowiedziałem.
-Uciekłeś z domu, tak? - z powagą patrzył na mnie.
Siedziałem zakapturzony z głową w dół.
Zdjął mi kaptur i z uśmiechem powiedział
-Nareszcie mogę zobaczyć jak wyglądasz
-Mam racje, nie jedziesz do rodziny tak jak mówiłeś?
-Tak - powiedziałem. Dookoła była ciemna noc. Spojrzałem w okno i tak patrzyłem przez chwilę.
Michał otworzył drzwi. Ja też wysiadłem. Poszliśmy do jego domu.
Miał mały ganeczek na którym stała ławka i stolik z lampką na baterie.
-Lubie tu czytać książki - powiedział przekręcając klucz w drzwiach
-Też czytasz - ożywiłem się trochę.
-No, w końcu to jakaś odskocznia od życia z problemami
Weszliśmy do środka.
Podłogę w prawie całym domku okrywały panele, jedynie w salonie między kanapą a telewizorem leżał niebieski dywanik. Salon był połączony z kuchnią.  Usiadłem na kanapie, zdjąłem kurtkę i patrzyłem jak Michał robi herbatę.
Na niebieskiej ścianie naprzeciwko mnie wisiał duży telewizor. Pod nim była mała szafeczka na filmy dvd.
Na Soliku koło kanapy Michał postawił dwie szklanki z herbatą. Usiadł koło mnie i zapytał „Dlaczego uciekłeś z domu?”
- Nie chce o tym mówić
-Ulży ci i jak się wygadasz. Możesz mi ufać młody - poklepał mnie przyjaźnie po szyi.
Zastanowiłem się chwile po czym doszedłem do wniosku że gorzej już być nie może.
- Moja dziewczyna zabiła się przeze mnie. Miała problem i chciała się wygadać ale ja nie miałem czasu. I teraz wszyscy mnie o to obwiniają. Ja też myślę że to moja wina.
-Nie obwiniaj się, to była jej decyzja
-Ale gdybym przy niej był to nic by się nie stało! - wybuchłem. Denerwowałem się już kiedy zapytał dlaczego uciekłem z domu ale teraz już mam dosyć. Chce to zakończyć.
Michała zaskoczyła moja reakcja. W ciszy wstał i podał mi koc.
-Prześpij się na kanapie, rano pogadamy - poszedł do swojego pokoju.
Zdjąłem przemoknięte ciuchy i przebrałem się w ubrania które zostawił mi Michał. Położyłem się spać o godzinie 23.
Obudziłem się około 4 rano. Musiałem pójść do łazienki. Drzwi znalazłem w korytarzu prowadzącym do kuchni. Otworzyłem je i wszedłem do środka. Nie spodziewałem się kogo tam spotkam.
Stała tam cała we krwi. Jej oczy… płynęła z nich krew która oblewała całe jej ciało. Miała na sobie białą sukienkę z czerwonymi plamami. Patrzyła na mnie. Zrobiła krok. Ja zaskoczony i przestraszony odsunąłem się. Ona zbliżała się dalej.
Zacząłem szarpać drzwi od łazienki ale były zamknięte. Była coraz bliżej. Odwróciłem się do niej.
-Co się stało? - zapytałem zdenerwowany nie mogąc uwierzyć w to co widzę.
-Uratuj mnie - powiedziała wpadając w moje ramiona. Ześlizgnęła mi się, upadła na podłogę.
Jej głowa leżała bokiem. Zamknięte oczy przestały lać krew. Była blada, usta miała lekko rozchylone.
Trzymałem jej głowę, dotykałem jej włosów płacząc. Nie mogę już jej uratować, zginęła przeze mnie.
-Przepraszam - powiedziałem przytulając do twarzy jej głowę. Zamknąłem oczy.
Rano wstałem o godzinie 9. Poczułem zapach przypiekanego jajka. Nie podnosząc się spojrzałem w stronę kuchni. Michał krzątał się po garach niczym kura domowa przygotowując śniadanie.
-Pomóc ci? - spytałem.
- Nie, idź do łazienki i się ogarnij - powiedział pilnując patelni.
Jakoś nie specjalnie miałem ochotę iść do łazienki. To był sen, domyślam się ale jej zdjęcie znalazłem w portfelu na jawie… Otworzyłem drzwi i na szczęście nikogo tam nie było. W miejscu gdzie wczoraj ją znalazłem nie było krwi choć zachlapała całą podłogę.
Zrobiłem co miałem zrobić i ubrany wróciłem do salonu. Na stoliku stał talerz z omletem i herbatka.
-Jak się spało? - zapytał uśmiechając się.
-Jesteś szczęśliwym człowiekiem. W przeciwieństwie do mnie - powiedziałem siadając obok niego.
- Każdy może być szczęśliwy - wziął kęs omleta - To jak, powiesz mi dlaczego uciekłeś?
- Bo chciałem zapomnieć. O niej, o tamtym chłopaku którym byłem. O tamtym życiu.
-I udało się? - spojrzał na mnie wyczekując odpowiedzi.
Znałem odpowiedź, lecz nie chciałem o tym mówić.
-Będzie dobrze, nie bój się - przytulił mnie jakbyśmy byli przyjaciółmi.
-Tylko że ja nie mogę zapomnieć - powiedziałem stanowczo - Ona nie pozwoli mi odejść.
-Słuchaj, są w życiu sprawy od których nie uciekniesz. Przejedziesz setki kilometrów ale one i tak ciągle będą za tobą. Musisz wszystko pozamykać żeby stać się szczęśliwym.
-Ale ona dosłownie nie daje mi odejść - spojrzałem mu w oczy - Ona ciągle jest przy mnie. I przypomina mi o sobie. Była w hotelu i w twojej łazience.
Zapadła cisza.
-Chcesz powiedzieć że jej duch cie nawiedza? - zapytał.
-Tak.
-Ale dlaczego? Masz jakiś pomysł? - popił omlet herbatą.
- Nie, nie mam - zamyśliłem się na chwilę i pomyślałem czego może chcieć.
Nie doszedłem do niczego. Ostatnia rzecz której ode mnie chciała to żebym do niej przyjechał. Ale ja zrobiłem całkiem odwrotnie, jak tchórz uciekłem od problemu, od rodziny i… od niej.
Michał pracuje w warsztacie samochodowym w tej mieścinie. Rano przyciągnęliśmy do niego do pracy  mój samochód i zmieniliśmy opony.
O 13 poszliśmy do baru.
- Dwa piwa - powiedział do barmana Michał.
-Ale on… - Michał nie dał mu dokończyć.
-Jest ze mną - uśmiechnął się szpanersko i puścił do niego oczko.
Barman podał nam piwa bez zastanowienia.
- Co robimy wieczorem? - zapytał mnie. Siedzieliśmy przy barze.
- Nie wiem. Mogę jeszcze trochę u ciebie zostać?
-Jasne. Ej, ale co potem? Ty masz rodzinę chłopaku. Kiedyś będziesz musiał do nich wrócić - powiedział spokojnie Michał.
-Kiedyś… - powtórzyłem pijąc piwo
Po chwili wstałem
- Ale jeszcze nie teraz - powiedziałem odstawiając kufel.
Wyszliśmy z baru i wróciliśmy do domu Michała. Resztę wieczoru graliśmy na play station.
Kiedy szykowałem się do spania Michał do mnie podszedł
- Wiesz że twoja rodzina pewnie cie szuka? Na pewno wezwali policje.
- Nie znajdą mnie. Na początku myślałem że będę jeździł od miasta do miasta aż w końcu znajdę miejsce gdzie poczuje się dobrze.
- A tutaj ci dobrze? - Uśmiechnął się. Jego pogodny nastrój udzielił się mnie.
-Tak… Ale czegoś mi tu brakuje. Mam ciebie, jesteśmy kumplami. Ale jeszcze coś nie daje mi spokoju - Zamyśliłem się.
-Śpij. Sen często przynosi rozwiązanie - przytulił mnie jak brat. Tak czułem, jakbyśmy znali się od zawsze.
Była godzina 2. Ciemność dookoła.
-Dominik - usłyszałem znajomy głos. Był realistyczny. Jednak ja wiedziałem że to nie może być prawda.
Otworzyłem oczy. W drzwiach korytarza prowadzącego do salonu stała Agata. Była taka jakby nigdy nie umarła. W koszuli nocnej, bosa zbliżała się do mnie. A ja pierwszy raz od tygodnia nie bałem się jej.
Uśmiechała się. Ja też posłałem jej uśmiech. Usiadła koło mnie na łóżku i położyła rękę na udzie. Jej dotyk był taki ciepły. Tak jakby to wszystko działo się naprawdę. Jakbym nie śnił chociaż wiedziałem że to sen. Na żywo już nigdy jej nie zobaczę.
Przytuliła się do mnie, poczułem jej oddech na moim ramieniu. Jej włosy, usta… jej twarz… cała była jeszcze piękniejsza niż zwykle. Zamknęła oczy i wyszeptała „ Nie zostawiaj mnie”
Patrzyłem na nią. Byłem zakochany, ale i zdumiony. Chciałem żeby ta chwila trwała wiecznie.
-Kochanie _ odezwałem się w końcu - Przepraszam.
Rozpłakałem się. Wtuliłem się w jej włosy i wycierałem o nie łzy. Jestem tu z dziewczyną którą kocham. I która przeze mnie musiała zostawić wszystko.
- Ale ty nic nie zrobiłeś - ujęła w dłonie moją głowę. Podniosłem wzrok i zobaczyłem że już nie jesteśmy w mieszkaniu Michała.
Zobaczyłem salon w domu Agaty. Ten w którym oglądaliśmy filmy i za dzieciaka bawiliśmy się.
Ale był jakiś inny, coś wprowadzało zły nastrój.
Siedziała obok mnie ale widziałem ją w tym salonie. Trzymała mnie za rękę i jednocześnie siedziała w fotelu.
Drzwi do jej mieszkania otworzyły się. Wszedł… wturlał się przez nie jej ojciec.
Grubszy zapijaczony mężczyzna z łysiną na głowie zaparł się o ścianę w salonie. Stał tak przez jakieś pół minuty.
Agata zerwała się z fotela z krzykiem.
- Dlaczego ty mi to robisz?! - Płacząc podbiegła i rzuciła się na swojego ojca.
-Złostaw mnje! - bełkotał osłaniając się rękoma. Dziewczyna popychała go w stronę kuchennego blatu.
Nagle jej ojciec złapał ją i popchnął na ścianę. Zaczął okładać pięściami po twarzy i brzuchu. Wyrywała się lecz nie mogła nic zrobić.
Gdybym mógł byłbym tam z nią.
Mogłem… tylko byłem zbyt zmęczony.
-Wiedziałam ze tak się stanie. Że wróci pijany. Bałam się i dlatego cię potrzebowałam. - powiedziała do mnie.
- Nie mogę cie przeprosić, słowo nic nie da. Ale dlaczego popełniłaś samobójstwo?
-Ja? Przyjrzyj się - przeniosła wzrok ze mnie na kuchnie.
Jej ojciec rzucił nią o podłogę, lecz nie trafił. Trafił za to jej głową w kanciasty blat szafki.
Patrzyłem na tego sukinsyna jak gapi się na jej ciało po czym wybiega z mieszkania. Nie krzyczy po pomoc, nic. Ucieka jak tchórz. Jak ja.
-Przepraszam - Mocno ją do siebie przytuliłem. - Gdybym mógł to naprawić nie zostawiłbym cię ani na sekundę.
-Wiesz… - szepnęła - Jest coś co możesz dla mnie zrobić.
-Tak? -  przez łzy spojrzałem na jej twarz.
Zbliżyła usta do moich i cichutko powiedziała:
-Wróć do domu. Wróć do mnie.
Pocałowała mnie lekko obejmując. Był to moment niezwykły. Najpiękniejszy pocałunek przez całe moje życie. Oddałbym wszystko żeby wrócić jej życie.
Zamknąłem oczy żeby wczuć się w tą chwilę. Była to myślałem ostatnia chwila z moją kochana Agatką.
Gdy je otworzyłem wszystko znikło. Znów byłem u Michała. Agata, jej dom i morderca rozwiali się we mgle.
Usiadłem na kanapie i przemyślałem parę spraw. Moim mottem było : Uciekaj. Lecz ona przekształciła to w „Wróć do mnie”
Była szósta rano. Michał wstał i wszedł do kuchni.
-Co tam Dominik? - powiedział przecierając oczy. Ale chłopaka już tu nie było. Rozejrzał się po salonie znalazł kartkę.
„ Wiesz, miałeś rację. Żeby poczuć się szczęśliwym trzeba pozamykać wszystkie sprawy na ostatni guzik. Agata chcę żebym do niej wrócił. Także wracam. Już nie uciekam, wracam do Poznania. Tam jest moje miejsce. Należę do tego miasta, należę do tej dziewczyny i zrobię dla niej wszystko. Dzięki za twój poświęcony czas. Nie zapomnę cie.                        Dominik”
-Mądry z ciebie dzieciak, gówniarzu - uśmiechnął się i zabrał za robienie kawy.
Wyjechałem o 5 rano. Przez noc myślałem o tym jak zareagują rodzice, znajomi. I czy oni też odkryli już prawdę. Jednak to nie oni są moim celem priorytetowym. Nie wracam tu dla nich. Wracam tu dla anioła który mnie odwiedzał.
O 9 rano zaparkowałem pod cmentarzem. Nie wiedziałem gdzie jest pochowana moja miłość ale szukałem podpowiedzi. Znaku. Prowadziła mnie cały czas, niech da mi tą ostatnia rade.
Szedłem główna alejką kiedy zobaczyłem na ziemi zdjęcie. To samo które spaliłem wtedy nad rzeką. Podniosłem. A przysiągłbym że już dwa razy się go pozbywałem.
-Zachowaj je - usłyszałem jej głos. Stała oparta o pomnik. Miała na sobie tą uroczą białą sukienkę. Uśmiechała się.
-Dziękuje - podeszła do mnie i objęła mocno.
-Kocham cie - przytuliłem się do niej najmocniej jak mogłem. Chciałbym już nigdy jej nie stracić.
-Dom… powiedziała po chwili - Wiesz że tak nie może być. Że znowu musimy się rozstać.
- Nie chce - zobaczyła smutek na mojej twarzy.
-Ja też nie - oboje płakaliśmy.
Słoneczna pogoda. Jednak w naszych sercach padał deszcz.
- Nie zapomnij o mnie - powiedziała przez łzy.
- Nie zostawiaj mnie - poprawiłem ją.
-Przepraszam - puściła moją rękę.
Płakaliśmy tam przez kilka minut. Bez słów, przytuleni do siebie. Tak najlepiej przeżyć ostatnie chwile. Wiedząc że druga osoba nie odejdzie póki ty nie odejdziesz.
-   Idź już. I nie odwracaj się, proszę - spojrzała na mnie ostatni raz.
-Kocham cie. Kiedyś to naprawię - powiedziałem i powoli się odwróciłem. Odszedłem kilka kroków i ponownie, choć tego zabroniła spojrzałem na miejsce gdzie przed chwilą ostatni raz powiedziałem do niej Kocham. Nie było po niej śladu.
Myślę że tak będzie lepiej. Nie można ciągle Żyć między światami. Kiedyś to musiało nastąpić.
Zamknąłem się w swoim samochodzie i płakałem. Dlaczego to się musi tak kończyć? Co ona komu zrobiła? I co ja zrobiłem? Albo czego nie zrobiłem…                            
Kiedy wróciłem do domu, mama była w szoku. Potem powiedziała mi całą historie. Że ojciec Agaty pił, i że to on ją zabił. Ale ja już wiedziałem o wszystkim. Widziałem to na własne oczy.
Plotki które powstały szybko zostały rozwiane. Wszyscy zaczęli mnie przepraszać. Ale ja już nie chciałem takich znajomych.
Codziennie jeździłem do niej na cmentarz. Wszyscy cieszyli się z mojego powrotu.

Te kilka dni nauczyło mnie że nie da się uciec od problemu. Że ucieczka nie jest rozwiązaniem. Zostawimy na sobą ludzi, sprawy, kłótnie. Ale ból w sercu i przywiązanie do człowieka zostaje z nami na zawsze, Odległość nie ma znaczenia, liczy się to jak potrafimy się dogadać z samym sobą i wrócić tam gdzie należymy, gdzie jest nasze miejsce. I gdzie czeka na nas ktoś dla kogo jesteśmy całym światem.

wtorek, 5 listopada 2013

Opowiadanie - What about friendship?

Kiedyś w życiu przychodzi moment żeby się zatrzymać. Lecz to jeszcze nie jest ten czas…
Wiele miałem przystanków. Mam nadzieje, że w tym miejscu odnajdę spokój i normalne życie.
Lublin, Zemborki
Idę przez miasto. Pada lekka mżawka, niebo jest deszczowe. W czarnych dżinsach i skórzanej kurtce przemierzam Lublin. Jest jasno więc ciemne okulary nie utrudniają widoczności. Czarny snapback na głowie jest moim znakiem rozpoznawczym.
Zbliżam się do liceum. Dwupiętrowy budynek z pomazanymi zielonymi  ścianami i dużym podwórkiem. Idę przez zatłoczony parking z krzywych płytek i dochodzę do drzwi.
Nieopodal wejścia do budynku stoi grupka dziewczyn. Coś szeptają między sobą. Spoglądam na nie i z winy wystającej płytki przewracam się na ścianę.
Nic mi się nie stało, ale zwróciłem na siebie uwagę stojących na podwórku ludzi. Jedna dziewczyna podchodzi do mnie i z uśmiechem pyta „Żyjesz?”
Wysoka, długie blond włosy i idealnie pasująca nich twarz. Sprawia wrażenie miłej.
-Tak, spoko - Uśmiecham się do niej
-Marcela - podaje mi rękę.
-Cześć. Dominik
-To jest Kaśka - przyciągnęła do siebie niższą ale też fajną koleżankę. Druga blondynka powitała mnie i obejmując ramieniem zaprosiła do budynku gdyż właśnie zadzwonił dzwonek.
Dziewczyny po drodze zahaczyły o szkolny barek.
-Skąd jesteś? - zapytała Kasia.
-Zemborzyce, niedaleko - odpowiedziałem czekając w kolejce. - Chyba powinienem już iść, cześć.
-Do zobaczenia potem - odpowiedziały.
Mieliśmy lekcje do godziny 14. Zwiedziłem budynek, poznałem parę osób a po lekcjach spotkałem się z dziewczynami na ławeczkach przed szkoła.
-Sama chemia - powiedziała Marcela jedząc kisiel.
-Dobre jest, lubię kisiel - Powiedziałem.
-Ale to chemia  nie dała się przekonać po czym przymierzyła moją czapkę.
-Pasuje ci - Przeniosłem spojrzenie na Kiełbe - A tobie nie.
Strzeliłem palcami w daszek czapki Kaśki. Snapback spadł na ziemie i na białym daszku pojawiła się ziemia.
Wkurzona  zaczęła na żarty się ze mną przepychać. Kiedy się uspokoiliśmy Marcela zadała mi pytanie : Co lubisz robić w wolnym czasie?
Zawahałem się chwilę
-Naprawdę chcesz wiedzieć? - Upewniłem się że z własnej woli chce  wskoczyć na karuzelę życia.
-Tak - odpowiedziała. To samo zrobiła zainteresowana rozmową Kasia.
-Dobra, chodźcie - Wstałem z ławki i poszedłem na przystanek autobusowy ciągnąc za sobą te dwie niczego nieświadome dziewczyny. Zakładam że się tego nie spodziewały.
Pojechaliśmy do Zemborzyc do jednego z moich kolegów. U niego w garażu trzymałem moje cudeńko
Biały budynek z ciemnym dachem skrywał mój najcenniejszy skarb.
-Jeszcze nie widziałyście takiego cuda - powiedziałem otwierając bramę garażu.
W ciemnym garażu z jednym tylko oknem było dużo narzędzi. Warsztat był dobrze zaopatrzony. To tutaj odbywa się część mojego nocnego życia.
Na kanale stało w pełni sprawne Mitsubishi Lancer. Czarna matowa farba i czarne duże felgi dawały niesamowity efekt. Ulepszenia za kilka tysięcy pod maską doskonale do tego pasowały.
-I jak? - zapytałem. Stałem z założonymi rękami przed autem i patrzyłem na ich reakcje.
- Nawet ładny - powiedziała Kaśka.
Jeśli ładny ma też oznaczać szybki to się zgadzam - usiadłem na masce.
-Masz prawko? - zapytała Marcela.
- Nie. Ale to nie przeszkadza w fajnej zabawie.
- A jak cie złapią?
-Mnie nikt nie złapie - odpowiedziałem pewny siebie - Nikt.
- A dobrze tym jeździsz? - spytała Kaśka.
- Przekonasz się, wskakujcie - powiedziałem i wziąłem kluczyki ze stołu pod oknem.
Wsiadłem do samochodu i odpaliłem silnik. Dziewczyny siedziały z tyłu.
Ruszyliśmy a po kilku minutach przed nami ukazała się równiutka jak na polskie drogi prosta o długości 10km. Jechałem powoli.
-Uważajcie - powiedziałem.
- Na co? - zapytała Kaśka.
Nie zauważyły dwóch małych czerwonych przycisków na kierownicy.
Wcisnąłem jeden i auto dostało mocnego kopa. Rozpędziliśmy się, zużyłem trochę nitro dla frajdy. Ale potem musiałem przystopować, to zabawka na dzisiejszy wieczór.
- A co będzie wieczorem? - zapytała Marcela kiedy o godzinie 16 siedzieliśmy pod moim domem.
-Zobaczysz - Uśmiechałem się tajemniczo. - O północy przekonasz się po co mi taki napakowany elektroniką i nitro samochód.
Dziewczyny pojechały do domów a ja zamknąłem się w swojej świątyni. Kontemplowałem ten samochód, majstrowałem i modliłem się żeby był gotowy na wszystko.
O jedenastej spotkałem się z dziewczynami w umówionym miejscu.
-Co to za niespodzianka? - dopytywała Kaśka.
-Już niedaleko - skupiony na drodze nie chciałem się rozpraszać.
-Ale co można robić o tej godzinie na mieście? - Spojrzała na mnie Marcela siedząca na przednim siedzeniu.
Niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba coś przed nami przemknęło z prędkością światła. Poznałem w tym kształcie Mazde Rx8 mojego znajomego. Szybko przemknął mi przed maską żeby wykonać perfekcyjny drift niedaleko
-Już wiesz? - Spojrzałem na oniemiała twarz Marceli. Przestraszona ale jednocześnie pod wrażeniem.
Puściłem muzykę z kilku głośników które miałem w samochodzie i podjechałem do Damiana który prawie pozbawił mnie zderzaka tym wyczynem.
-Patrz gdzie jeździsz mordo, nie mam kasy na nowy zderzak! - powitałem go przez otwarte okno. Kumpel podjechał do nas i tez otworzył szybę.
-A jednak jeszcze żyjesz. Miałeś fart - powiedział.
Damian ma 31 lat. Obstrzyżony na krótko z lekkim zarostem także uwielbia samochody. Wielbi warsztaty tuningowe tak samo jak ja. Ale my tego nie potrzebujemy. Jako najlepsi kumple dajemy sobie rade z tuningiem naszych aut w jego garażu.
-Wiem - Zaśmiałem się - Jedziemy zgarnąć trochę szmalu?
-Prowadź szefie - Damian pojechał za mną co nie było łatwe bo było ciemno a ja mam cały czarny samochód.
-Witajcie w moim świecie - powiedziałem kiedy za ogrodzeniem parkingu widać było kolorowe światła. Dziewczyny usłyszały też głośną muzykę.
Za bramą przez którą wjechałem ciemne niebo spotykało się z kolorowym światem nocnych imprezowiczów i kierowców. Skąpo ubrane laski, samochody czasem nawet lepsze od mojego i muzyka. Kolorowe neony, błyszczące naklejki, barwione szyby i ciągłe grzebanie w silnikach -  to jedno łączy wszystkich znajdujących się teraz na oddalonym od miasta parkingu.
Kiedy wysiadłem z samochodu na mój widok rozległy się krzyki. Nie chwaląc się, ja i Damian jesteśmy popularni w tym środowisku i w tym mieście.
Marcela z Kaśka też wysiadły.
- Trzymajcie się blisko mnie - powiedziałem kiedy szliśmy w kierunku kontenera mieszkalnego niedaleko.
-Yo C, co dzisiaj planujesz? - zapytałem Carlosa. Organizuje wyścigi w Lublinie od 2 lat. Co dwa tygodnie ten nieużywany parking ożywa. Staje się głośny i kolorowy.
-Dwie rundki dookoła fabryk, jak zwykle - Powiedział siedzący na niebieskim fotelu w kącie przybysz z Meksyku. Był w wieku Damiana. Był też naszym dobrym znajomym.
-A o co walczymy? - oparłem się o ścianę.
- Stawka dwa tysiące, plus możesz wystawić samochód
-Auto za auto?
-Wchodzisz w to? - Wstał - Musimy zaczynać.
- Bierz cash, Lancera nie tykaj - Wyjąłem banknoty z kieszeni położyłem na biurku. Wyszedłem z pomieszczenia.
Podeszliśmy z dziewczynami do mojego samochodu przy którym znowu gromadziły się seksowne panienki. Damian gadał z jakimś kolesiem.
-Zaczynamy - klepnąłem go w ramię i przerwałem rozmowę.
Przecisnąłem się przez oklaskujący mnie tłum i ustawiłem samochód na linii startu.
Obok mnie zobaczyłem Dodge’a Challangera, Nissana Skylina i podrasowanego Dużego Fiata co było dużym zaskoczeniem. Niby klasyk ale prezentował się nie gorzej od nas.
Linia startu mieściła się na jezdni przy bramie wjazdowej. Namalowana czerwonym sprayem była dobrze widoczna. Ustawiliśmy przednie koła równo przed nią.
Moje pasażerki z tyłu były podekscytowane. Dla mnie to już normalka. Niezła zabawa ale i sposób na życie.
Po obu stronach ulicy na trawie stał tłum ludzi. Krzyczeli imię faworyta. Najczęściej słyszałem” Dominik!”
Carlos wyszedł na ulicy. Odliczył od 3 do 1. Na wykrzyknięte głośniej Jeden z naszych rur wydechowych pofrunęły płomienie.
-Jazda!
Carlos krzyknął, a gdy zdążył się odwrócić już wąchał nasze spaliny. Cztery samochody znikały w oddali. Szybciej, wolniej… wyścig toczył się swoim rytmem. 
Trasa wiodła dookoła czterech starych budynków.  Jedno okrążenie zajmowało 3-4 minuty. Przez prawie cały wyścig utrzymywałem się między 3 a 2 pozycją. Cisnąłem pedał gazu ani myśląc zwalniać na zakrętach. Komputer w samochodzie pokazywał trasę, prędkość i inne istotne lub mnie szczegóły. Ja patrzyłem na drogę a Marcela z Kaśką ucieszone nowym doświadczeniem siedziały na tyle.
Nitro skończyło mi się w połowie ostatniego okrążenia. Byłem na 2 miejscu kiedy wtrysk podtlenku azotu odmówił współpracy
-Damn… - przekląłem cicho.
-Co jest? - spytała Marcela.
-Wszystko pod kontrolą, wygram to.
Zdany na naturalna moc dobrego silnika pędziłem przez asfaltową drogę. Na ostatnim zakręcie trochę za bardzo mnie zniosło. Driftując straciłem kontrole nad samochodem. Upłynęło jakieś 3 sekundy zanim wróciłem na tor zza krzaków.
Na trzecim miejscu dotarłem na metę. Wszyscy gratulowali chłopakowi w Dodgu.
-Niech się cieszy, chodźcie stąd - Wkurzony odjechałem stamtąd. Podwiozłem Kaśkę do domu a kiedy  jechałem z Marcelą rozwinęła się między na mi rozmowa.
-Starałeś się, było dobrze. - powiedziała po jakiś 10 minutach milczenia.
-Gdyby poszło zgodnie z planem wracałbym do domu bogatszy o 6 tysięcy - Nie patrzyłem na nią.
-Ale nie zawsze można mieć wszystko czego się chce. Ciesz się chociażby tym twoim cackiem. Ten samochód wygra jeszcze wiele razy, tylko w to uwierz.
- Wiele razy to słyszałem. Jestem debilem, wielu uważa mnie za super gościa ale tak nie jest
-  I nadal uważasz się za debila? Nie mów tak o sobie.
- A nie jestem?
- Jesteś fajnym kolega, to się liczy
Podjechałem pod jej dom
-Wiesz, dzięki. Potrafisz pomóc człowiekowi - Uśmiechnąłem się do niej.
- Dzięki. Jest druga w nocy więc już usze spadać. Dzięki za fajny wieczór Dom.
Odprowadziłem ją wzrokiem do drzwi. Kiedy je zamknęła odjechałem stamtąd i pojechałem do opuszczonego garażu za miastem. Nazywałem go ”swoim azylem”. To nic że stary i może się zawalić, przynajmniej jest miejsce na samochód i dla mnie. Jest dach, nie przecieka kiedy pada. Można tam spokojnie pomieszkiwać.
Zbudowany z suporków mały budynek był moim domem. Miałem tam lodówkę turystyczną, płytę grzewczą, przenośny kaloryfer i materac na który teraz padłem.
Następnego dnia poszedłem do szkoły. Na podwórku gdzie dwa dni temu poznałem Marcelę i Kaśkę zebrał się duży tłum.
- Nie bój się, było dobrze! - Dla mnie wygrałeś ten wyścig! - Nie lubie rozgłosu
-Może tak ciszej, co? Nie lubie rozgłosu.
Byłem wkurzony sam na siebie i nie chciałem wracać do sytuacji sprzed 7 godzin. Przeżyłem dzień. O 14 wychodząc ze szkoły natknąłem się w tym samym miejscu co rano na moje dwie koleżanki.
-Sory że tak głośno. - powiedziała Kiełba.
-Spoko - podszedłem do nich. Dziewczyny stały pod budynkiem oparte o ścianę.
-Co robicie wieczorem? - zapytałem biorąc łyk pepsi.
- Nie wiem, chyba nic - powiedziała Marcela i zaciekawiona popatrzyła na mnie.
- Ja też nudy. A co planujesz? - zapytała Kasia.
-A, Damian robi takie małe spotkanko kameralne. Pomyślałem że wpadniecie. Nie ma nic do was, chyba mogę was zaprosić.
O 21 spotkaliśmy się pod domem Damiana gdzie poznały mój samochód. Zebrało się tam kilku moich znajomych więc podwórko stało się wersją mini parkingu na którym odbywają się wyścigi.
Piliśmy piwo i gadaliśmy o głupotach. Potem Damian zaproponował pokera. Miałem ze sobą portfel pełny dochodów z poprzednich wyścigów. I chciałem je rozmnożyć.
Po kilku partyjkach byłem bogatszy o 400 złotych. Na wyścigach wygrywam 10 razy tyle ale żadna kasa nie śmierdzi.
Była głośna muzyka, była Marcela nosząca moją czapkę i Kaśka wygłupiająca się ze mną. Ogólnie noc minęła spokojnie bez większych awantur jak to zwykle z nami jest.
-Muszę już uciekać - powiedziała Kaśka koło północy.
-Dobra, dzięki za przyjście. Kiedyś to powtórzmy - Po wykorzystaniu do końca zapasów trawy Damiana nie mogłem zaproponować jej niczego na droge. Zrobiliśmy na tej imprezie dobry użytek zz małego schowka w jego samochodzie. Opróżniliśmy go do końca.
- Ja wrócę z Dominikiem, zadzwonię jutro - krzyknęła do niej Marcela i wróciła do wylegiwania się z najaranym mną na kanapie.
-Chcesz? Ostatni - Zaproponowałem Marceli ostatniego blanta w tym domu.
- Ja nie chce, ty też nie. Trochę przesadzasz - położyła zioło na stoliku.
- Nie wolno marnować dobrych rzeczy - Widziałem ją przez dym. Nakopcone było tu nieźle.
- A wolno doprowadzać się do takiego stanu? - uśmiechnęła się do mnie czule.
-Ja zrobiłem to samo.
Posiedzieliśmy tam do 1 w nocy. O tej godzinę zakomunikowała mi że jest zmęczona i chce iść do domu.
-Czekaj, mam cos dla ciebie -  poszliśmy za garaż.
Tam zobaczyła 2 Mitsubishi Lancery. Jeden jasnozielony, drugi granatowy metalic.
- Który chcesz? - zapytałem.
Marcela była zdziwiona pytanie.
-Żartujesz? Skąd je masz? - Uśmiechnięta zadała mi pytania.
-Wygrałem kiedyś. Miały być dla moich kumpli ale jak widać trafiły się kumpele.
Staliśmy tam uśmiechnięci. Po chwili powiedziała:
- Biorę zielony.
-Damian! - krzyknąłem.
Napity zdołał doczłapać do garażu.
-Jutro weźmiesz ten niebieski Lancer i podprowadzisz pod dom Kaśki, tej mojej znajomej. Zapamiętasz?
-Dźwięk przypominający „Tak” wydobył się  z jego ust.
- Ja piłem, więc ty prowadzisz - wyjąłem z kieszeni kluczyki i podałem je Marceli.
Wsiadła do samochodu, odpaliła silnik. Ja bacznie, na tyle ile mogłem uważałem żeby nie skończyła na latarni albo drzewie.
Na szczęście w jednym kawałku dojechaliśmy do jej domu.
-Dzięki - powiedział i wysiadł z samochodu. Zrobiłem to samo.
-Dasz sobie rade? - powiedziała do naćpanego chłopaka usiłującego iść.
-Tak, spoko - Powiedziałem i udałem się w stronę mojego garażu.
Szedłem jakieś 10 minut. Kiedy przechodziłem koło zamkniętego już sklepu usłyszałem za sobą głośne kroki. Mniej niż sekunda, nawet się nie odwróciłem do końca, a zostałem przewrócony na ziemie. Upadłem na brzuch. Jakaś postać szarpnęła mnie za ramię i zaciągnęła między sklepik a sąsiadującą z nim kamienice. Była tam mała zagracona butelkami uliczka
Napastnik rzucił mnie na żwir, po czym nie otwierając oczy usłyszałem że zbiera się tam ich więcej. Leżałem. Po chwili zaczęto okładać kopać mnie po tułowiu. Jeden kop trafił w policzek przez co doznałem braków w uzębieniu. Kopniaki w plecy przyczyniły się do siniaków, a po chwili obolały usiłowałem się podnieść. Kiedy już byłem na klęczkach gotowy żeby się podnieść znowu coś przewróciło mnie na ziemie. Uderzyłem o ziemię. Kiedy znowu resztką sił wstawałem oberwałem kijem w twarz. Z nosa zaczęła cieknąć krew. Leżałem tam, słaby i wycieńczony. To miało się już nigdy nie zdarzyć.
Zasnąłem w tym zapaskudzonym miejscu. Rano znalazł mnie Damian. Wszystko mnie bolało kiedy leżałem na tylnik siedzeniu mojego Lancera. Kiedy dojechaliśmy do domu Damiana spojrzałem na zegarek. Była 15.  Miałem chwilowe odzyski i utraty przytomności, mało pamiętam z poprzedniego dnia i ostatnich godzin.
-Dom? - stała nade mną Kaśka. - Jak się czujesz brachu?
Słowa docierały jakoś w wolniejszym tempie.
-Jestem debilem…
-Nie mów tak - Marcela siedziała na drugim końcu kanapy na której leżałem.
- Oni nie mieli mnie znaleźć…
- A kto to był? - zapytała Kasia.
- Ścigają mnie po całym kraju. Miałem odejść z tej branży ale tego nie zrobiłem. Teraz się mszczą bo wygrałem od nich wszystko. Zostali na lodzie i nie chcą się z tym pogodzić.
- To skończ z tym - powiedziała Marcela i podała mi wodę.
-Za bardzo kocham prędkość. A, nie zmarnujcie tych samochodów
-Ja już to zrobiłam - Kaśka się lekko uśmiechnęła.
-Jak to? - Byłem zaskoczony.
-Stoi rozbity u Damiana w garażu - W tym momencie wszyscy  się zaśmialiśmy.
Ale mi nie było do śmiechu. Musiałem znowu zacząć od nowa. Ale żeby zacząć od nowa trzeba najpierw zakończyć jeden rozdział.
Zostawiłem u Damiana kilka kopert z pieniędzmi dla dziewczyn, a kiedy trochę doszedłem do siebie pojechałem do mojego zawaliska na obrzeżach. Tam stał mój samochód. O 20 wyjechałem na Lubelskie ulice.
Jechałem wylotówką z miasta. Kierowałem się na północ. Było ciemno, w tym aucie po ciemku mogę pojechać gdzie chce i pozostać niezauważonym.
Toczyłem się z normalną prędkością gdy nagle na mojej drodze stanęła blokada. Nie pociąg czy przebiegający jeleń. Samochód jak mój, tylko niebieski.
Marcela wysiadła z auta, ja też. Staliśmy przy przednich kołach, żadne z nas nie chciało odzywać się pierwsze.
-Dlaczego to robisz? - zapytała w końcu.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Podeszła do mnie.
-Nie można ciągle uciekać, Dominik.
- Nie chcę żebyś miała przeze mnie kłopoty. Ani ty ani Kiełba.
Usiadłem z nią na masce mojego samochodu.
- Ja tak żyje. Kilka dni tu, kilka dni tam. Ciągle jeżdżę od miasta do miasta.
-Znasz historie o kowbojach uciekających za granicę żeby uniknąć kary? - Pokazałem ręką w dal - Tam jest mój Meksyk.
Chwila ciszy.
-Kocham Zemborki ale moja podróż się tu nie kończy. Kiedyś znajdę miejsce gdzie zatrzymam się na stałe.  Ale jeszcze nie teraz.
Wstałem z samochodu i nałożyłem jej moją czapkę na głowę.
-Pozdrów Kiełbę… i pamiętaj o mnie
-Spoko… - uśmiechnęła się.
Wsiadłem do swojego samochodu, popatrzyłem na nią przez chwilę. Chciałbym żeby pojechała ze mną ale niestety… Musimy się rozstać abyśmy mogli żyć.
Odpaliłem silnik. Zamykam ten rozdział.
Marcela patrzyła jak w mroku znikają dwa czerwone światła. Jak powoli zatapiają się we mgle by za chwilę zniknąć na dobre. Na zawsze.
Siedziała chwilę na masce po czym też odpaliła silnik i odjechała. Dwa identyczne światła jak te wcześniej zniknęły we mgle. Na miejscu zostały tylko ślady ostrego hamowania i znamię zostawione przez rozerwaną przyjaźń.

Dla Kiełby i Marceli. Love ya girls ;) <3