wtorek, 19 czerwca 2012

Żegnaj...


Tamtego wieczoru było ciepło. Siedziałem z Wiktorią przy ognisku. Grałem na gitarze, ona słuchała. Przerwałem na chwile. Spojrzałam mi w oczy i powiedziała:
- Kocham cie Marcin – westchnęła. Przytuliła się. Objąłem ją i nie chciałem przestać. Spojrzałem na księżyc, byłą pełnia. Oboje lubimy pikniki w środku nocy, pełnie, jeziora, plaże i spokój. Ale ta noc była naszą ostatnią…
Odprowadziłem Wiktorie pod dom. Jej pies, Kudłacz ze radością powitał swoją panią. Zamknęła brame i odchodząc rzuciła:
- Do jutra. Dzięki za wieczór – Uśmiechnęła się pokazując śnieżnobiałe zęby
Ja też wróciłem do domu. Była 4 rano.
Rano wstałem i jak zwykle wysłałem powitalnego smsa do mojego skarba. Jednak nie odpisała.
Myślałem, że śpi lub jest bardzo zajęta. Jest weekend, więc można dłużej pospać. Ale ja taki nie jestem. Wole mieć długi dzień niż noc. Chociaż noce z Wiką mogłyby się nigdy nie kończyć.
Zaniepokoiłem się około 13. Ile można spać? Nie dawała znaku życia. Zadzwoniłem. Odebrała jej mama.
- Marcin. Nie wiesz gdzie Wiktoria? Wstałam o 10, a jej nie ma. A zwykle jest już na nogach o tej porze.
-Zostawiła telefon? Przecież ona nigdy nie zostawia telefonu.
- Wiem, dlatego się martwie i myślałam, że jest z tobą. Znam tradycje księżycowych nocy. Ale zwykle wracała do domu.
-Odprowadziłem ją koło 4 i oboje poszliśmy spać. Ale pójdę do pobliskiej kawiarni,pracuje tam nasza koleżanka, Iga. Zapytam o Wikę.
-Dziękuje Marcin. Daj znać, gdy będziesz coś wiedział – Rozłączyła się. A ja jak najszybciej pobiegłem do Igi.
- Tak, była tu. Rano, około 8. Przyszła od razu po otwarciu. Miała na sobie ciemne okulary i kaptur, jakby się chowała. Dała mi tę walizke.
Iga otworzyła, a w środku było dużo… dolarów. Oniemiałem. Skąd Wika ma taką kase?
-Jak myślisz, skąd to jest? – zapytałem.
-Nie wiem, ale też się zastanawiam.
- Czyli wiemy że chciała ukryć te pieniądze, tak?
-Tak. Gdy tu byłą powiedziała, że mam ich strzec jak oka w głowie i nikomu nie dawać. A, i żebym uważała na czarne Land Rovery.
- Zaraz… właśnie taki stoi przed budynkiem.Za rogiem, nie widać go stąd. – Przypomniałem sobie. Przechodząc nie zwróciłem na to uwagi. Taki sam stoi też koło domu Wiki. W nocy widziałem go ulice dalej od jej domu.
Wiedziałem, że coś jest nie tak. Wyszedłem z kawiarni. Stanąłem tam, udając że pisze smsa i spojrzałem na samochód. Było w nim 4 gości, w ciemnych okularach, nie widziałem twarzy. Wiedziałem, że cos się święci.
Nagle zadzwoniła mama Wiktorii. Powiedziała, że chcąc- nie chcąc przejrzała jej telefon i znalazła ciekawe smsy. Pojechałem do niej.
Przeczytałem wiadomości. Było tam min.
„ Za długo czekam. Gdzie jest ta kasa?”, „ Wiolka, on ci nie da żyć. Musisz stąd uciec” , „ Nie żyjesz suko”
Ostatni mną wstrząsnął. Ktoś jej grozi, ktoś namawia do ucieczki i ktoś czeka na pieniądze. Prawdopodobnie te, które mam w plecaku. Namówiłem Ige, żeby mi je dała. I co za Wiolka?
Nie chciałem iść na policje, bo ONI zaraz by się dowiedzieli i jeśli mają Wiktorie, coś by jej zrobili. Musiałem szukać jej na własną ręke. Na początek musiałem znaleźć jakiś ślad, gdzie mogła pójść po wizycie u Igi. Ale mama Wiki znalazła wzkazówke. W pamiętniku Wiktoria trzymała różne rzeczy. Pamiątki, bilety do kina, liście, zdjęcia i … bilety na samolot do Hiszpanii? Co ta dziewczyna planuje? Ale najważniejsze, jeszcze nie wyjechała.
Zadzwonił mi telefon. Zastrzeżony numer. Odebrałem. To Wikuś.
- Marcinku, skarbie. Możesz przywieść mi mój pamiętnik do Warszawy? – Podała adres i zaczęła płakać. – Proszę, to bardzo ważne.
-Wiktoria, co to za kasa u Igi i kim są ludzie w Land Roverach? I w co ty się dziewczyno wpakowałaś?
-A więc już wiesz. Dobra, przyjedź na ten adres. Weź pamiętnik, uważaj na te samochody, i nie rozmawiaj z nikim. Niedługo wszystko się naprawi, obiecuje.- Zrobiłem co chciała. Założyłem kaptur, ciemne pingle i pojechałem pociągiem do Wiki. Było już późno. Adres, który mi podała, to hotel. Podała fałszywe nazwisko meldując się ( sprytnie J ) i podała mi numer pokoju. Poszedłem do niej.
- Tęskniłam. Masz? – zapytała, gdy wszedłem. Objęła mnie mocno i pocałowała. Wow, super.
- Tak, proszę – Podałem jej pamiętnik.- O co chodzi?
Zauważyłem, że ma zasłonięte żaluzje w oknach. Chyba na serio się ICH boi.
-  Kilka lat temu, jeszcze zanim cie poznałam, ktoś porwał  moją mame i mnie. Zagrozili, że mnie zabiją, jeśli im nie pomoge. Wypuścili mame, a ja pomogłam im w skoku na bank. Wynosiłam torby z forsą do furgonetki. Zaufali mi. Miałam nadzieje, że to koniec, po tym skoku. Ale po pewnym czasie znowu się odezwali, tym razem miałam im przynieść troche kasy ze spożywczaka. Zrobiłam ten skok sama. Potem następne i następne. Mam nic nie wiedziała. Ale chodziło o moje życie. A ta kasa u Igi, to z mojego największego skoku. Ale chce skończyć. Wyjechać, kupić dom. Zmienić dane, i zacząć wszystko na nowo. Z tobą.
-  I za tą kase chcesz kupić dom?
-Tak, zostawiłam je u Igi, żeby były tak na zapas. Reszte mam na fałszywym koncie bankowym. Taka  rezerwa, tak gdyby coś się wydarzyło i pilnie potrzebowałabym gotówki.
Przenocowaliśmy w hotelu, a następnego dnia mieliśmy zacząć nowe życie. W Madrycie, w fajnym domu, bez mafii.
Wiktoria wynajęła limuzyne. Żeby nikt nas nie śledził. Zakapturzeni wyszliśmy z hotelu i wsiedliśmy do auta. Ale to nie była limuzyna do szczęścia. To byłą limuzyna do piekła. W środku byli ONI. Uzbrojeni, stanowczy.
- Kogo ja widze?- zaczął jedne z nich.- Wiola sama wpadła w nasze ręce. Nawet się nie staraliśmy – Zaczęli się śmiać. Mi nie było do śmiechu.
- Wiola? – zapytałem Wiki.
- Mój kryptonim – odpowiedziała i powiedziała do jednego z nich:
- Czego chcecie?
- Naszą kase. To był twój skok, ale forsa już nasza. Gdzie je masz? – Jedne z nich załadował broń i wymierzył nią. Zareagowałem, ale skończyło się to wrzaskami i kopniakiem prosto w głowe.
- Fajnego masz chłoptasia. Dobra, Wiolka. Proponuje następujący układ: Ty oddajesz nam forse, a twój kolega i ty jesteście wolni. Przyjmujesz?
- Chyba żartujesz. Zabijecie nas od razu, gdy dostaniecie kase w swoje brudne łapy!
Dojechaliśmy na obrzeża Wawy. Jakieś pustkowie. Las. Odpowiednie miejsce na egzekucje.
Ale egzekucji nie było. Dostałem łomem w łeb. Ocknąłem się w jakiejś piwnicy. Ale Wiki tam nie było. Ja miałem skute ręce, a obok leżały zostawione kajdanki i drut. Mądra dziewczyna.
W tamtej chwili nie bałem się, myślałem o niej. Czy ucieknie? Teraz mogłaby uciec sama. Mogłaby sama polecieć do tej Hiszpanii, byle tylko żyła. Ja… mógłbym nawet zginąć. Jej pamiętnik zostawiłem w hotelu. Coś przeczułem. Jeśliby nas porwali, a miałaby bilety przy sobie, to by nie poleciałą, bo by je zabrali. A tak może po nie wrócić. Jej karta do konta też tam jest. Ale niestety, zapasowa kasa była w moim plecaku, który mają ci debile.
Jeden z nich wszedł do piwnicy.
- Wiolka zniknęła! – krzyknął do pozostałych.
Wyciągneli mnie z piwnicy.
- Wiesz, gdzie jest. I nam to zaraz pięknie powiesz, tak? – zapytał jedne z nich. Ale w obu częściach wypowiedzi się mylił. Nie powiedziałbym, za Chiny!
- Ale ja nie wiem, gdzie jest. Uciekła w nocy.
- A my wiem, że uciekła naszym samochodem, który znaleźliśmy w pobliżu lotniska. Dokąd poleciała?!
- Nie wiem – Gdybym powiedział, byłaby trupem. Nie mogłem. Nie mogłem powiedzieć.
Teraz zaczęła się ostra zabawa. Bili mnie kijami, razili prądem, i światłem przy okazji. Bolało jak cholera, a najbardziej ogień, kiedy podpalili mi koszulke. Ale nie mogłem nic powiedzieć. Dla Wiki zniosłam te tortury.
Po tej zabawie byłem półprzytomny. Znieśli mnie do piwnicy, skuli i zostawili prawie konającego. Ale pewnie specjalnie mnie nie dobili. Trup nic nie powie. Zresztą, twardy, zakochany i mogący zginąć za ukochaną też nie powie.
Ale nie było potrzeby marnować kolejnego ognia, kijów czy łomów. Bo i mnie tam rano nie było.
Bo ja obudziłem się w samochodzie, którym jechała Wika. Leżałem na tylnym siedzeniu. Widząc, że się obudziłem, powiedziała
- Hejka. Co tam?
-Ładnie ich załatwiłaś, skarbie.
-Sami mnie tego nauczyli. Napady robiłam w nocy, cicho i dyskretnie.
- Myślą, że uciekłaś za granice.
- Samochodem też gdzieś dojedziemy. Zabrałam bilety i karte, więc możemy odlecieć do szczęścia.
Teraz byliśmy wolni, jechaliśmy przed siebie.
Zatrzymaliśmy się w jakimś motelu. Tam Wika opatrzyła mi rany i przenocowaliśmy. Nazajutrz znowu ruszyliśmy w droge. Wycziliśmy najbliższe lotnisko. Ale i tak była to długa droga. Jechaliśmy kilka dni śpiąc w samochodzie i na kempingach. Nareszcie czułem się jak kiedyś, kiedy nie wiedziałem o jej problemach. Kiedy nic nie zakłócało nam życia. Kiedy byliśmy wolni.
Któregoś dnia podróży miała być następna pełnia księżyca.
Cieszyliśmy się, albowiem dawno nie spędziliśmy takiej nocy. Uciekamy już długo. Męczy nas ta tułaczka po Polsce. Ale już niedługo będziemy w Hiszpanii. Jednak tę noc zapamiętamy. I nic nam nie przeszkodzi.
Znaleźliśmy jakieś fajne miejsce. Był klimat, miejsce na ognisko. Było cudownie.
Usiedliśmy i przytuliliśmy się. Objąłem ją mocno.
- Ciesze się, że to już koniec. Oni myślą, że cie nie ma w Polsce, a my mamy piękną noc pod pełnym księżycem. – powiedziałem.
-Tak, też się ciesze. Już niedługo nas tu nie będzie. Hiszpania, here we come!  Będzie super. I będziemy razem.
-Tak, ale narazie cieszmy sie tą chwilą – powiedziałem I pocałowałem ją. Dawno tego nie robiłem. Cały czas musieliśmy uciekać, albo nie było nas przy sobie. Teraz jest nasz czas. Teraz nic nas nie powstrzyma. Mamy siebie, to jest naszą siła.
Jednak nastał kres tej przyjemności. Nastał nasz koniec. Na naszą polanke zjechało się kilka Land Roverów. Nie mieliśmy szans na ucieczke. Było ich za dużo. Musieliśmy się poddać.
Powalili nas na ziemie. Zabrali Wikę i zaczęli mnie kopać, bić i obrażać słowem. 
Potem zabrali mnie i zaczęli ją katować. Jeden  z nich się do niej przystawiał. Groził, że ją zgwałci, a ja będę musiał na to patrzeć.  To by była najgorsza tortura ze wszystkich.
Przestali. Byłbym kretynem, myśląc, że to koniec.
Teraz wydarzyło się najgorsze.
Klęczeliśmy obok siebie. Podałem jej ręke. To była nasza ostatnia chwila. Ostatni raz na nią spojrzałem.
Padły strzały. Nastała  cisza wokół.
Najpierw zginęła ona, potem ja.
Na cmentarzu mieliśmy wspólny grób. Jesteśmy ciągle razem. Nic nas już nie rozłącz. Jesteśmy w lepszym świecie. Tu nie ma gangów, mafii czy policji. Jest tylko szczęście.
„ Padły strzały, odeszły dwie dusze.
Ciszę tę, zaraz wierszem zagłusze.
Listem pisanym do drugiej połowy, i prośbą o to aby zło zabrały wiecznego snu wody.
Wieczny sen, śmierć, płacz. Wiem tylko jedno, nic już nie rozdzieli nas. Ja na zawsze z tobą, ty przy moim boku śpisz. Śpijmy spokojnie, już nie zbudzi nas nikt…”

wtorek, 5 czerwca 2012

Opowiadanie - Sylwia


Pewnego dnia po drodze do szkoły zobaczyłem na ulicy małą dziewczynke, około 8 lat. Płakała, była smutna.
Ale gdy mnie zobaczyła wstała i podeszła do mnie. Podniosła główke i zobaczyłem jej twarz. Na prawym policzku miała siniaka, z nosa ciekłą krew i byłą cała roztrzęsiona. Zapytała:
- Gdzie jest moja mamusia? – Pewnie dlatego płakała, nie mogła znaleźć mamy. Ale te ślady na jej buzi… Co się przytrafiło temu dziecku?
- Nie wiem – Przyprawiała mnie o płacz, a ja nie płacze. Pobiegłem do szkoły. Nie mogłem się skupić na lekcjach, ciągle o niej myślałem.
Gdy wracałem 6 godzin później ta mała ciągle siedziała na ulicy. Znów podeszła i zapytała:
- Gdzie jest moja mamusia?
Wziąłem ją za rączke i usiedliśmy na ławce.
- Co ci się stało? -zapytałem.
- Uciekłam z domu, bo tata krzyczał na mame – przytuliła się do mnie. – Gdzie jest mama?- ciągle płakała.
Nie mogłem tego tak zostawić. Zapytałem:
- Gdzie mieszkasz? –Ale ona się rozpłakała.
-Nie chce do domu! Chce do mamy- Zrozumiałem. W tym domu jest jej agresywny tata.
-Pójdziemy tam tylko na chwilke. Może twoja mama potrzebuje pomocy
- Ale ja się boje
 Nic ci nie będzie. A w ogóle, jak masz na imie?
- Sylwia. A ty?
- Aleks. Dobra, chodźmy.
Sylwia zaprowadziła mnie do jednej z biedniejszych dzielnic miasta. Nie chodze tam, żyje w luksusach. Ale ona ma ciężkie życie z tego co widze.
Jej dom był w walącej się kamienicy. Tynk odpadł ze ścian i niektóre z okien były powybijane.
Weszliśmy na jej piętro. Drzwi do mieszkania były otwarte. W korytarzu leżałą rozbita butelka po wódce. Mamy powód agresji jej ojca. Nie wiedziałem czy w domu jest pijany ojciec czy przestraszona mama Sylwi, ale krzyknąłem:
-Halo? Jest tu kto?- Odpowiedziała mi cisza.
Wszedłem do środka.
Nikogo. Cisza, bałagan i smród papierosów. I… krew na podłodze. Tuż obok urwany damski naszyjnik. Miałem przed oczami co się tu działo, ale nie chciałem w to wierzyć. Wybiegłem na korytarz.
-Sylwia! Dlaczego uciekłaś z domu? – zapytałem gwałtownie.
- Bo mamusia powiedziała ,żebym uciekała.
Kierowała się w strone mieszkania. Nie mogłem dopuścić, żeby zobaczyła naszyjnik mamy i krew.
- Chodź, mamy tu nie ma – wziąłem ją za ręke i poszliśmy do cukierni. Kupiłem 2 pączki, a następnie udaliśmy się do parku.
-Masz babcie? – zapytałem. Przecież jej mama musiała się gdzieś ukryć.
- Nie, umarła 3 lata temu.
-A ciocie?
-Mieszka we Wrocławiu. Dlaczego pytasz?
-Bo chce znaleźć twoją mame- pochyliłem głowe. Było mi wstyd, że gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy nawet nie zapytałem o co chodzi.
- A znasz adres cioci?
-Nie. Nie byłam u niej nigdy. Mama tak mówiła.
A znasz jakieś koleżanki mamy?
-Tak! Pani Krysia, nasza stara sąsiadka. Kiedy mama poznała nowego tate musieliśmy się przeprowadzić, a pani Krysia mieszkała obok nas i pewnie nadal tam mieszka.
-Zaraz… nowego tate?- Czegoś tu nie rozumiałem.
- No, bo kiedy tatuś umarł to mama poznała nowego tate i wzieli ślub.
Nie chciałem wdawać się w jej rodzinne sprawy. Na szczęście pamiętała, gdzie mieszkali wcześniej. Ale to była jeszcze większa ruina niż jej nowy dom. Ale dobrze, że tam poszliśmy, bo pani Krysia miała cenne informacje.
Sylwia zapukała do drzwi. Otworzyła je miła młoda kobieta.
- O Sylwia, co ty tu robisz? – była zdziwiona.
- Szukamy z Aleksem mamy. Nie ma jej tu?- dziewczynka byłą wesoła, ponieważ myślała, że tu znajdzie mame. Jednak myliła się.
- Nie, nie ma jej tu. Ale dobrze, że jesteś. Bo gdy tu była ostatni raz jakiś tydzień temu dała mi to.
Pani Krysia dała nam klucz. Był na nim wygrawerowany numer skrytki w banku i adres. Wrocław.
- Ale we Wrocławiu mieszka ciocia Ewa! – Sylwia znowu się uśmiechnęła, ale ja nie. Co się tu dzieje? I gdzie jest jej tata? I mama?
Wiedziałem, że musimy jechać do Wrocławia. Może w tej skrytce znajdziemy jakąś wzkazówke?
Miałem karte kredytową z 2000 zł więc mogliśmy tam pojechać. Moi rodzice nie żyją. Mieszkam z ciocią. Daje mi kase, jest bogata, ale nie lubie jej. Nie zajmuje się mna.
Gdy ciocia się dowiedziała, co planuje powiedziała tylko, żebym uważał bo nie wiadomo czy ten pijak nie chce dopaść teraz małej. Ale polubiłem Sylwie, nie dałbym jej skrzywdzić.
Siedząc w pociągu zastanawiałem się nad zawartością skrytki. Co jej mama tam ukryła? I dlaczego zrobiła to tak na zapas? Czyżby wiedziała, że coś się wydarzy?
Jechaliśmy długo, w nocy dotarliśmy do celu. Ale banki nie są czynne o 3 w nocy, dlatego wynajęliśmy pokój w hotelu. Mała nie zna adresu cioci.
Przed pójściem spać mała zapytała mnie:
-Aleks, czy mamie coś się stało?
- Nie, co ci przyszło do głowy? Pewnie ma się dobrze – Kurcze, dlaczego ja kłamie? Ale… nie mogę jej powiedzieć, co zastałem w jej domu i o moich domysłach. Uspokoiłem ją i poszliśmy spać.
Rankiem wstaliśmy wcześnie do banku. Ale potem zacząłem się zastanawiać czy możemy skorzystać z tej skrytki. Ale, skoro mamy klucz to powinniśmy dać rade.
Udało się. Otworzyłem. W skrytce był następny klucz i koperta, a w niej…  karta kredytowa? Był wyciąg z bankomatu, że wpłacono na nią 80000 zł. Co jest?
-Potem się tym zajme – pomyślałem i spojrzałem na klucz. Tym razem był to klucz do mieszkania. W kopercie był rożnie świstek papieru z adresem. Tym razem kierujemy się do Gdańska.
Tę noc spędziliśmy w hotelu. Zamówiłem pizze i pooglądaliśmy troche telewizji. Rano jedziemy do Gdańska.
Pobudka i prędko na dworzec. Sylwia się cieszyła, ale ja już nie. Nie jestem taki naiwny. Coś czuje że to nie meta. To kolejny checkpoint na naszej trasie. Nie wiem, co się stało z jej mamą, ale nie chce już w to grać. Chce, żeby to się skończyło.
W pociągu doznałem szoku. Weszliśmy do naszego przedziału. Ale po drodze Sylwia coś zobaczyła. Powiedziała mi o tym szeptem, gdy usiedliśmy.
- Tam jest tata – powiedziała przestraszonym głosem.
 Zapytałem jak wygląda tata i przeszedłem się po wagonie. Rzeczywiście, siedział w przedziale 4 od naszego. Czytał jakiś dokument. Był sam w przedziale, więc postanowiłem go z tamtąd jakoś wypędzić.
Poszedłem do Sylwi i ustaliliśmy plan. Ja wyciągne go z przedziału, a ona niech zabierze tę kartke.
Udało się. Powiedziałem, że go poznaje z telewizji ( oczywiście był to żart ) więc wyszedł z przedziału pogadać. Na szczęście zostawił kartke. Sylwia była mądrym dzieckiem, więc w miare sprawnie podwędziła kartke. Uciekliśmy do innego przedziału. Musieliśmy się ukryć, ale drzwi zamknięte na klucz i kartka „przedział zamknięty,remont” zrobiły swoje.
Spojrzałem na kartke. To był akt własności mieszkania, do którego jedziemy! I na dodatek należało ono tylko do mamy Sylwii, o jej tacie nic tam nie pisało. A w przypadku śmierci właścicielki mieszkanie przechodzi bezpośrednio na dziecko, czyli że Sylwia ma to mieszkanie na własność!
Dojechaliśmy. To mieszkanie było nie byle jakie. Było bardzo duże, już wyposażone.
- To jest moje? – Sylwia miała oczy wielkie jak jabłka czy pomarańcze. Ucichła na chwile.
-Ale jak ja mam tu mieszkać sama?
-Porozglądam się po mieszkaniu. Może znajde coś co nam pomoże.- powiedziałem.
Zajrzałem do kilku szafek, komody i nic.
-Aleks! – usłyszałem wołanie. Czyżby Sylwia coś znalazła?
Wszedłem do pokoju dziecinnego. Był kolorowy, pełen zabawek i dlatego właśnie przyciągnął uwage Sylwi. A może zrobił to napis „ Sylwia „ na drzwiach?
-Patrz co znalazłam! – podała mi koperte , którą znalazła w pudle z misiami.
„ Sylwio
Jeśli to czytasz, to znaczy, że mamusi już nie ma na świecie. Przepraszam, że nic ci nie powiedziałam. Pewnie jesteś tu bo tata mnie bił. Mam rzadką chorobe. Pewnie umarłam po tym, gdy tata mnie uderzył.
Dałam klucz do skrytki pani Krysi, bo wiedziałam, że do niej pójdziesz. Mam nadzieje, że znalazłaś kogoś kto pomógł ci w tej podróży. Nieznajomy, dziękuje za zaopiekowanie się moją córeczką. I proszę, postaraj się, żeby przyjechała tu moja siostra, Joanna. Zaopiekuje się Sylwią.Mieszka we Wrocławiu i pracuje w banku. Pewnie ona dała wam klucz do skrytki. Powiedziałam jej, żeby od razu gdy da wam klucz tu przyjechała. Chcę, aby Sylwia miała dobre życie. Przepraszam. Kocham cie córeczko „    Mama
Sylwia się rozpłakała. Przytuliłem ją. I wtedy poczułem, że zrodziła się między nami przyjaźń. Po wspólnych 3 dniach coś takiego musiało nastąpić.
Nagle z hukiem otworzyły się drzwi mieszkania. Ojciec Sylwi nas znalazł.
- Odsuń się od nie! – krzyknął. Nie puściłem Sylwi. Bałem się o nią. Że ten palant coś jej zrobi.
- Niech pan stąd wyjdzie. To nie pana mieszkanie! – krzyknąłem.
-Gówniarzu. To moja córka. I nie mieszaj się do naszych spraw! – ryknął.
Sylwia szepnęła
-Aleks, proszę, nie zostawiaj mnie…
- Wszystko będzie dobrze. Nie bój się.
W tej chwili jej tata rzucił się na mnie. Powalił mnie, ale jestem dość silny i odepchnąłem go bez trudu. Sylwia płakała i krzyczała żeby uważał. Facet wstał i dał mi w twarz. Na chwile mnie zamroczyło, zdążył powalić mnie ponownie i zaczął kopać. Ale w tym momencie do domu wbiegło kilku policjantów i zajęli się nim.
-Skąd tu policja? – leżałem na ziemi i spytałem słabym głosem.
-Ja ich wezwałam – W drzwiach stała jakaś kobieta. To chyba ciocia małej.
Aleks! – Sylwia podbiegła do mnie i ścisnęła mnie za szyje.
-Bałam się o ciebie – wyszeptała przytulając się do mnie.
Byłem skatowany, ale dałem rade wstać. Usiedliśmy na sofie.
--Jestem Joanna, siostra twojej mamy, Sylwio.- odezwała się tamta kobieta.- Kiedy zobaczyłam cię w banku, zrozumiałam sygnał. Dobrze, że twoja mama tak postąpiła, że to wszystko przygotowała. Wszystkie pieniądze jakie miała przeznaczyła na to mieszkanie. Dlatego mieszkaliście w takich starych budynkach. No nic, zrobie wam coś do jedzenia.
Siedzieliśmy przytuleni na kanapie. Czułem się jak jej brat.
- Wiesz, fajnie by było mieć taką siostre jak ty – wypaliłem.
-A ja chce takiego brata – uśmiechnęła się.
Pani Joanna chyba słyszała naszą rozmowe. Uśmiechnęła się, przygotowując naleśniki.
Przyszła po chwili.
-Aleks, twoi rodzice wiedzą że tu jesteś? –zapytała.
Zasmuciłem się.
- Moi rodzice nie żyją. Mieszkam z ciocią. Ale szukam jakiegoś mieszkania. Niedługo skończę 18 lat i marzę, aby się wyprowadzić.
- Możesz mieszkać z nami. Tu są 3 sypialnie – powiedziała ciocia Sylwii.
Miałem odpowiedzieć nie, ale gdy zobaczyłem te proszące oczka Sylwii zmieniłem zdanie.
-Ale naprawde nie ma pani nic przeciwko? – Wow, fajnie by było Miałbym „ siostre” i miła kobieta by mi robiła za mame
-Oczywiście, że nie- uśmiechnęła się.
Sylwia rzuciła się na mnie. Oboje byliśmy bardzo szczęśliwi. Potem zadzwoniłem do cioci, a już za miesiąc wszystkie formalności były załatwione i wprowadziłem się do nowego mieszkania.
Przez tą małą dziewczynke zmieniło się moje życie. A gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, nie chciałem jej pomóc. Dzięki Sylwia, zmieniłaś moje życie