Jest
wieczór. Godzina ok. 1 w nocy. Siedzę na kanapie, z siostrą oglądając filmy.
Zbliżamy się do końca seansu, rozum każe kłaść się spać.
- Aniu,
chodź coś zobacz! - dobiega głos z drugiego pokoju. Mama zobaczyła coś
interesującego. Wstajemy z łóżka i podchodzimy do okna. Wychodzi na podwórko :
garaż, samochody i komórka mojej babci na węgiel. A na komórce … Lucky?!
Lucky -
piesek mojej siostry Andzi, teraz już dorosły. Urodziła się nieprzytomna. Był
mróz, zrobił swoje. A moja siostra uratowała jej życie. Pół godziny reanimowała
szczeniaczka, bez skutku. Jednak mała odzyskała przytomność kiedy odłożyliśmy ją do pozostałej 11 piesków
pijących już z Czarnej, ich mamy.
Była
malutka, a teraz urósł z niej duży piesek. Ale jakim cudem i co robi na dachu?
Płacze, chce zejść. Wejść łatwiej, zejść, tu sprawy się komplikują. Pewnie
została dachowcem, bo wychowywała się razem z kotami. Jednak nie raziłabym jej
naśladować kumpli akurat w tych sprawach. Kot spada na 4 łapy, a pies -
kaskader, jeszcze nie wiem. I nie mam zamiaru się przekonać.
Wychodzimy
na dwór i Ania wchodzi na budę. Zaczyna wołać Lucky do krawędzi, ale piesek za
bardzo się boi i kręci się po tym dachu szukając bezpiecznego punktu do
zejścia.
Bezradna
poszłam po różne pudełka, skrzynki i takie inne graty żeby zrobić Lukulkowi
schodki. Tylko że to nic nie dało. Dalej siedziała uwięziona na dachu.
Konstrukcja była za niska, dalej bała się skoczyć.
- Mam
pomysł, przynieś mi serdelka - Ania chciała przekupić Lucky żarciem. Tu pojawił
się mały problem. Ani z moim szwagrem nauczyli Lucky prosić. Jak prosi, podnosi
łapkę i macha nią. I tak było w tej sytuacji. Zamiast skoczyć na budę z
pudełkami machała łapką czekając że przekąska sama do niej przyjdzie. Nie ma
tak, my tu robimy za pomoc, a nie kelnerów z jedzeniem.
Lucky słowa
pomoc chyba nie zrozumiała. Siedziała i prosiła, potem zaczęła biegać, aż w
końcu mama poszła po wyższą budę. Postawiliśmy ją z drugiej strony komórki.
Tylko że
teraz były 2 serdelki, 2 budy i mama z siostrą
wołające psa na raz. Kręciła się zdezorientowana nie wiedząc z której
restauracji serdelkowej skorzystać. Nie zeszła na żadną z bud.
- Dobra, leć
po smycz - Ania nie dawała za wygraną. Byłyśmy
zmęczone, ale nie chciałyśmy zostawić tego koto-psa samego na noc na dachu.
Przyszłam ze
smyczą i suchą karmą, ponieważ proszącemu pieskowi się nie odmawia serdelków.
Ania postawiła miskę z karmą na brzegu dachu i nie trzeba było jej wołać. Kiedy
Lucky była zajęta jedzeniem, Ania przy czepiła smycz do jej obroży i przerwała
psu posiłek ściągając go na wcześniej ustawioną konstrukcje. Nie było wysoko,
piesek przeżył. Ale nadal chodzi po tym dachu :) Musimy przestawić budy, bo po nich
weszła :)
Jak sie
pewnie domyślacie historia opisana na faktach autentycznych. Mój późniejszy
wpis na Facebooku :
Żeby o 1 w nocy ściągać psa z dachu, to jest hardkor ;p Nie
wiem jak i po co tam weszła, ale Lucky nie zna pojęcia grawitacja i
niebezpieczeństwo :) Słowem : Łamie wszelkie granice. Widać wdała sie w
sierściuchy. Dobranoc, koto-psie :)
Dziękuje osobie, która poddała mi pomysł na to opowiadanie :)
A to
sprawczyni tego całego zamieszania :)
Lucky <3

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz