Kiedy
przechodzę przez przejście podziemne na jednej z ulic, czuję się dziwnie. Ale
lubie tam chodzić, bo czuje jakiś związek z tym miejscem. Ale czuję, że to
miejsce jest przeklęte. I ta klątwa powoli przechodzi na mnie…
Jest 3 w
nocy, 24 lipca. Coś mnie przebudziło. Coś strasznego, czuje to. Czuje, że to
coś ciągle jest w moim pokoju. Ale nic nie widze. Żadnego cienia, ruchu,
wszystko stoi. I jeszcze ta potworna cisza… Nagle kropla wody spadła mi na nos.
Pomyślałam
- Przecież
nie pada, ani sufit nie przecieka. Więc… skąd ta woda?- Zastanowiłam się. I gdy
ta woda spłynęła mi na wargi zrozumiałam, że to nie woda. To łza.
Nie pamiętam
co mi się śniło. Ale to na pewno nie był sen. Ciągle czuje tę krople na nosie. Ale
trzeba się ogarnąć i pójść do szkoły
W drodze na
lekcje nadal myślałam o dzisiejszej nocy. Zamyślona, nie zauważyłam
sygnalizacji świetlnej. A światło było czerwone.
Szłam dalej,
zamyślona w samej sobie. Gdzieś po środku przejścia ocknęłam się. Trąbnął na
mnie kierowca ciężarówki. Krzyczał coś, wymachiwał rękami. Nie zwróciłam uwagi
na to.
Hejka. Co
tam? – zagadałam do Pauliny Wawrzyckiej , mojej przyjaciółki. Była smutna,
dopiero potem to dostrzegłam.
- Co się stało?
– zapytałam.
-Mój tata
miał wczoraj wypadek. Leży w szpitalu w ciężkim stanie.
Nic o tym
nie wiedziałam. Pewnie była zbyt wstrząśnięta, żeby zadzwonić.
Tata Pauliny
jest dobrym znajomym moich rodziców. Znają się od podstawówki. Wieczorem pojechali
do niego do szpitala. Ale ja zostałam w domu z Pauliną. Jej mama nie chciała, żeby tam jechała. Źle
znosi szpitale.
Paulina
przez całe dzieciństwo była ciągana po szpitalach. Była bardzo słabym
dzieckiem. Lekkie uderzenie, a już miała uszczerbek kości czy coś takiego.
-Wiem,
zamówimy pizze- zaproponowałam- Co ty na to?
- Może być-
Siedziała skulona na łóżku.
Dostawca
dość szybko przywiózł nasze jedzenie. Byłam głodna, ona chyba nie bardzo.
Paulina
zaczęła się śmiać, gdy kawałek salami spadł mi na koszulke. Dla mnie było to
straszne, bo to moja nowa bluzka. Ale medal ma dwie strony: Przynajmniej troche
polepszyłam jej nastrój.
Poszłam do
łazienki, zmieniłam bluzke i wrzuciłam do pralki tę brudną. Gdy wróciłam do
pokoju, Paulina siedziała z szeroko otwartymi oczami. Blada, wystraszona. Prędko
spytałam co się stało. Wyjąkała, że jej tata jest na balkonie.
-Co? Jak to
na… balkonie?- Niedowierzałam.
Powoli
uchyliłam drzwi na balkon. Spojrzałam. Na balkonie nikogo nie było. Ale
chciałam się upewnić. Stanęłam koło poręczy i rozglądałam się po podwórku. I
zobaczyłam go. Tata Pauliny TU BYŁ. Był, ponieważ właśnie odchodził. Wchodził w
główną bramę. I… zniknął za rogiem.
Co sił w
nogach. Wybiegłyśmy na podwórku. W głowie miałam pytanie jak wszedł na 4
piętro, a potem zszedł, ale liczyło się dokąd poszedł.
Gdy
wybiegałyśmy z drzwi Paulina znalazła nieśmiertelnik. Był jej taty. Czyli musiał
tu być.
Pobiegłyśmy
za róg i jak wariatki zaczęłyśmy krzyczeć „ Tato!” co było dla mnie dziwne, bo
to nie mój tata.
Oparłyśmy się
o ściane. Paulina była roztrzęsiona.
- Gdzie on
jest do cholery?!- Krzyczała, a w tym krzyku nie słyszała dzwoniącej komórki.
Odebrała po
kilku sygnałach. To była jej mama.
-Córuś… Tata
nie żyje
Nie trzeba
było nic mówić.
-To było
jakieś 5 minut temu.-powiedziała.
Te słowa
nami wstrząsnęły. PRZECIEŻ 5 MINUT TEMU WIDZIAŁAM GO POD BLOKIEM!
Przytuliłam
Pauline. Potrzebowała teraz wsparcia. Wróciłyśmy do domu i doznałyśmy kolejnego
szoku.
W pudełku po
pizzy zostawiłyśmy ostatni kawałek. Był bez keczupu, z salami i dużą porcją
sera.
Paulina
stała nieruchomo. Nagle wybuchła płaczem.
-Tata takie jadł!- krzyknęła nagle.
Oczywiście!
Zawsze kiedy jedliśmy pizze z rodzicami Pauliny jej tata nie używał keczupu
i brał kawałek z największą ilością
sera.
Siadłyśmy na
łóżku. Paulina wyciągnęła z kieszeni nieśmiertelnik taty. Przytuliła go do
piersi.
-Pewnie
przyszedł się pożegnać- powiedziała, gdy łzy skapywały na podłoge.
W tym samym
czasie rodzice wrócili do domu.
Nie mogłam
wytrzymać.
-Czy
zniknęły jakieś rzeczy pana Wawrzyckiego?- zapytałam.
-Tylko
nieśmiertelnik. Nie możemy go nigdzie znaleźć.- odparła mama.
……………………………………………………………………………………………
Przed snem
myślałam o tym co się dzisiaj stało. I chyba zrozumiałam łzy kapiące z sufitu.
To coś w pokoju chciało mnie ostrzec. Ale co ja mogłam zrobić. Już zasypiałam,
gdy znowu coś mi kapnęło na noc. To nie łzy…To krew. Przeraziłam się. Co się
teraz wydarzy?
Znowu było
około 3 w nocy. I znowu to coś mnie obudziło. Ktoś stał w moich drzwiach
balkonowych.
Krzyknęłam:
-Panie
Wawrzycki!
Nie
odpowiadał.
Czułam
wielki strach, ale otworzyłam drzwi. Jakbym miała wpuścić zjawe do środka. Ale
ona nie weszła. Faktycznie, był to tata Pauliny, ale nic nie mówił.
Trzymał coś
w ręce. W jakimś pakunku. Usłyszałam
głos rodziców pędzących po schodach do mojego pokoju. Usłyszeli mój krzyk.
Odwróciłam głowę, żeby zobaczyć czy nie wchodzą. Gdy spojrzałam na balkon, już
go nie było. Został tylko pakunek.
-Natalka! Co
się dzieje?- Mama wbiegła do pokoju zdyszana i wystraszona.
- I co jest
w woreczku?- Tata zapytał i pokazał na woreczek od taty Pauli.
Zdecydowałam
się powiedzieć im o łzach, wizycie taty Pauliny w naszym domu, nieśmiertelniku,
pizzy i krwi.
Usłyszałam
ich opinie.
- Chyba ci się
przyśniło. Idź spać.-Wyszli z pokoju.
Wskoczyłam
pod kołdre i otworzyłam pakunek. Znalazłam tam klucz. Ciekawe… do czego ten
klucz? Ale czułam, że w najbliższym czasie się dowiem.
Następnego
dnia Pauliny nie było w szkole.
-Pewnie ta
sytuacja nie daje jej żyć- pomyślałam.
Po szkole
poszłam do niej do domu. W progu spotkałam mame. Chociaż, nie. Nie spotkałam.
Wpadłam na nią.
-Oh,
Natalka. Dobrze, że jesteś. Paulinka zamknęła się w pokoju. Płacze i nie chce z
nikim rozmawiać. Boje się, że…
-Spokojnie.
Próbowała pani tam wejść?- Mama Pauliny była bardzo zdenerwowana. Zaprowadziła
mnie do pokoju Pauliśki. Drzwi zamknięte na klucz.
- Niech pani
przyniesie klucz- poleciłam.
- Myślałam o
tym, ale ona ma klucz ze sobą.
Wtedy
uświadomiłam sobie co się stało dzisiejszej nocy. Klucz w woreczku to klucz do
jej pokoju. Jej tata ostrzegł mnie i chce żebym ją uratowała. Ale klucz jest u
mnie w pokoju. Co robić,co robić…
-Niech pani
próbuje z nią rozmawiać. Zaraz wracam!- Pędem wybiegłam z tego domu. Biegłam na
oślep. Przed oczami miałam Pauline, tą z którą przeżyłam prawie każdy weekend,
tą która upija się nawet Kubusiem i zawsze jest uśmiechnięta… Muszę zdążyć!
Wbiegłam do
mojego domu, rodzice pytali co się stało, ale przecież to był wyścig z czasem.
Nie mogłam stanąć nawet na ułamek sekundy. Boje się, żeby nic sobie nie
zrobiła. Była bardzo związana z tatą.
Szybko
wzięłam woreczek z szafki nocnej i pobiegłam do domu Pauliny. Jej mama płakała,
kiedy tam weszłam.
- Coś się stało?-
zapytałam.
-Ona mówi,
że chce do taty- Pani Wawrzyńska szlochała. Wziełam sprawy w swoje ręce.
Kiedy
otworzyłam drzwi do jej pokoju trzymała żyletke. Patrzyła na mnie zapłakana,
ale i zdziwiona.
-Jak tu
weszłaś?- zapytała.
-Twój tata
był u mnie w nocy. Dał mi klucz. Chyba wiedział, co się stanie.
Usiadłyśmy
na łóżku.
- Jak do
ciebie przyszedł? -zapytała.
-Był na
balkonie. Nic nie mówił, tylko podał mi klucz do twojego pokoju. I… z sufitu
kapała mi krew.
Zamyśliła się
troche. Po chwili przytuliła się do mnie.
-Chciała bym
żeby tata tu był- wyszeptała.
-Kiedyś się spotkacie-
powiedziałam.
-Dziękuje,
że mnie pan ostrzegł- powiedziałam w myślach panu Wawrzyckiemu. W tym momencie
jedna z zepsutych latarni na dworze zaświeciła się.
Pewnie mówi „
Nie ma za co „
Następnego
ranka myślałam, że ten durny okres w moim życiu się skończył W nocy w ogóle się
nie przebudziłam ani nie czułam nic dziwnego. Nawet miałam miły sem. Przyśnił
mi się Marek, mój chłopak. Że siedzimy
razem na plaży przy zachodzie słońca. Było tak romantycznie, ale mama mnie
obudziła. Powiedziała, że Paulina przyszła. Chce pogadać.
Ubrałam się i
zeszłam na dół. Paulina miała dla mnie propozycje.
Hej. Wiesz,
może pójdziemy dzisiaj na zakupy? Chciałabym ci jakoś podziękować za to co
zrobiłaś. Kupie ci coś ładnego.- powiedziała. Wow, wczoraj była wrakiem
człowieka, a dzisiaj chce iść na zakupy. Dobra, zabawmy się
Gdy stałyśmy
na przystanku zobaczyłam samochód, któremu tablica rejestracyjna wisiała, jakby
miała zaraz spaść. Pamiętam numer : LSW 5354M.
Miałam podejść do kierowcy i mu powiedzieć, ale co tam. Jego sprawa.
W centrum
handlowym spotkałam Marka. Był z kolegami na zakupach, zupełnie jak my.
Poszliśmy całą grupką na pizze i hamburgery. Fajnie było spotkać Marka, ale nie
zdążyłam mu opowiedzieć o wydarzeniach ostatnich 3 dni, choć bardzo chciałam.
Do późna
kręciliśmy się po mieście. Ale gdy latarnie zaczęły gasnąć wszyscy poszliśmy do
domu. Zostałam tylko ja i Marek. Staliśmy na roku jezdni.
-Fajnie
było- powiedział Marek. Cieszyło mnie, że mu się podobało.
Po tych
słowach cmoknął mnie w policzek, a już za chwile całowaliśmy się gorącą. Gdy
oderwaliśmy od siebie nasze usta, objął mnie i powiedział
-Do widzenia,
Natuś- Zdziwiło mnie to. On nigdy nie mówi do widzenia albo Natuś.
Odszedł
kilka kroków. Odwróciłam się i też zamierzałam iść do domu. Spojrzałam na
księżyc. Była pełnia. Na księżycu zobaczyłam przelatującego ptaka.
I w tej
chwili usłyszałam huk, pisk opon i uderzenie za plecami. Ciężarówka, którą mijałam
kilka dni temu na przejściu i samochód z oberwaną rejestracją zderzyły się. A
między nimi był mój Maruś…
Zdrętwiały
mi wszystkie kończyny. Serce przestało pracować. Przynajmniej miałam takie
wrażenie. Najważniejsza dla mnie osoba leż na jezdni zgnieciona przez 2
samochody. A powinnam była coś przeczuć!
Spojrzałam
na rejestracje która nareszcie odpadła. Było jak podejrzewałam: LSW 5453M
To M na
końcu jakoś od razu skojarzyło mi się z Markiem gdy je zobaczyłam po raz
pierwszy. Dzisiejszy sen i ta tablica były wskazówkami. Ale kto…Kto do cholery
mi to robi?!
Miałam
nadzieje, że to już koniec. Skoro mój skarb nie żyje, to może to fatum
nareszcie mnie opuści. Ale teraz miałam stracić coś cenniejszego…
Poszłam spać
normalnie, w swoim łóżku. Obudziłam się koło 3, jak zwykle. Poczułam dym w
powietrzu. Wybiegłam na schody i zobaczyłam pożar. Dym, ogień i drzwi do
sypialni rodziców.
Biegłam tam,
dusząc się i skacząc przez płomienie. Nagle… deski na podłodze się załamały.
Wylądowałam w piwnicy.
Było tam
ciemno. Ale zobaczyłam zjawę. Był to jak zwykle tata Pauliny. Tym razem odezwał
się.
-Jeśli
chcesz to przerwać, pójdź szybko do tego przejścia podziemnego.
-Ale co ja
tam zastanę?! – zapytałam ze łzami w oczach.
-Rozwiązanie…
Ja przypilnuje rodziców, ty tam idź.
Pobiegłam
tam. Zastałam tam… dziewczynke. Mała, koło 5 lat, blondynka. Ale płakała.
-Poznajesz
ją?- usłyszałam głos. To był… Marek.
-Nie. Kto to
jest?
- Kiedyś
biegliśmy tędy. Przypadkowo ją potrąciłaś. Upadła.
-Noo…
pamiętam. I co z tego?
-To, że
upadła, ale rąbnęła głową o kant ławki. Zginęła na miejscu.
-I ona
sprawia, że to co się dzieje… się dzieje?!- Nie rozumiałam tego. Jak dziecko
może zrobić tyle szkód?
-Widzisz…
Dopóki ona płacze, płaczesz i ty. Ona z tęsknoty za światem. Ty z tęsknoty i
strachu.
-Jest zjawą?
-zapytałam-Dlatego nie może żyć w tym świecie?
-Ludzie,
którzy nie załatwią swoich spraw w życiu na ziemi, muszą je dokończyć w życiu
jako duch.
Podeszłam do
dziewczynki. Bała się mnie.
-Ja… Nie
wiem co… Przepraszam…- Rozpłakałam się. Było mi głupio. Zabiłam dziecko…
Spostrzegłam
małego pluszowego misia w kieszonce piżamy. Pomyślałam, że to będzie dobry
prezent.
Podałam go
jej.
Dziewczynka
uśmiechnęła się.
- Dziękuje-powiedziała.
I wtedy
zemdlałam. Obudziłam się w swoim łóżku. Był to… 24 maja 2008. 3 miesiące później
wszystko się zaczęło. A tego dnia
potrąciłam tę mała w przejściu podziemnym.
Widać los
dał mi drugą szanse. Gdy się obudziłam zobaczyłam też pana Wawrzyńskiego. Stał
koło drzwi do pokoju i uśmiechał się.
-Dziękuje-
powiedziałam w myślach.
Zjawa
znikła. Pewnie wrócił do swojego ciała.
Ja wstałam i
spojrzałam w niebo. Byłam szczęśliwa, że tata Pauliśki cały czas mi pomagał.
Nie dałabym rady bez niego.
Czasem mały
błąd może nas wiele kosztować. Pamiętajmy, że zawsze możemy powiedzieć
przepraszam. Być może to słowo uratuje kilka żyć. A może mamy kogoś kto daje
nam wskazówki jak żyć? Na pewno każdy z nas ma kogoś takiego. Pamiętajcie aby
zawsze go słuchać i nie lekceważyć drugiego człowieka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz